Lekkoatletyczny alfabet Londynu 2017

A jak ANA – Gdzie nie zapytamy, nikt nie ma pojęcia, skrótem jakiego kraju są te litery. Ani gdzie właściwie szukać go na mapie. Wiadomo jednak, że od roku udziela warunkowo azylu tym, w których kraju idee sportu lub człowieczeństwa utopiono w szambie. Z MŚ przywożą nawet jeden złoty medal – Maria Lasickene zdobyła go w skoku wzwyż, za co dostąpiła zaszczytu wysłuchania hymnu światowej federacji. Na pewno była wniebowzięta. Continue reading Lekkoatletyczny alfabet Londynu 2017

Widzę Londyn #9: Prawdziwy kibic

chelsea

W dni meczowe ruch samochodów od galerii przy Fulham Broadway aż do skrzyżowania z Finborough Road jest zamykany i pilnowany przez policję, prawdopodobnie dlatego, że któregoś razu po bramkach rywali wyszło naraz ze Stamford Bridge tylu kibiców, że zwyczajnie nie pomieścili się na chodniku. Dzisiaj ewakuacja zaczęła się już w 43. minucie, gdy po czerwonej kartce dla Gary’ego Cahilla najpierw Chelsea nadgryzł Sam Vokes, potem Stephen Ward, a tuż przed przerwą ten pierwszy wyprowadził gospodarzom nokaut w samo serce. Ludzie nie wyglądali na wychodzących na przerwę. Szli rozgoryczeni w stronę metra, dopijali piwo i kopali puszki. Z wyjątkiem jednego.

Ubrany w szary dres z klubowym logo człowiek wyglądał tak, jakby też chciał zdążyć na pierwszy gwizdek. Miał sportowe buty, torbę z niebieskimi naszywkami i laskę, bez której nie byłby w stanie pokonać pięciu metrów. Z nią też chodził powoli, tym trudniej, gdy po golu Vokes’a w stawianiu kroków zaczął przeszkadzać mu tłum obrażonych. Żeby nikt nie stratował najlepszego kibica, jego marsz ochraniało kilkoro policjantów. Obrażał się, gdy proponowali pomoc.

Jeśli pierwszego lepszego głupka z szalikiem nazywa się w piłce nożnej kibicem, kim jest ten człowiek z Chelsea?

Widzę Londyn #8: Futbol przodem

Przeciętny Brytyjczyk za nic miał sobie w piątek mistrzostwa świata w lekkoatletyce. A nawet jeśli za coś, to siedząc na trybunach stadionu olimpijskiego jednym okiem śledził to, co dzieje się na bieżni, a drugim – to, co na murawie. Pawła Fajdka i Wojciecha Nowickiego nie zna, reprezentant gospodarzy w rzucie młotem zajął dopiero szóste miejsce (albo aż), więc jedynymi sensownymi murawami 11 sierpnia były dla wyspiarzy te do piłki nożnej.

Ruszyła Premier League. Arsenal – Leicester 4:3. Mecz, z którego warto obejrzeć skrót.

Piłkę nożną czuć w Londynie wszędzie. Poza widzianym zewsząd łukiem stadionu Wembley, przez pamiątki z logami stołecznych klubów, reklamy na słupach, ścianach i pojazdach komunikacji publicznej, zasłuchiwane przypadkiem rozmowy podróżujących. I sklepy fanowskie, których jeden znajduje się na samej arenie MŚ, na co dzień służącej drużynie West Ham United. Trybuna koło skoku o tyczce należy zresztą do Bobby’ego Moore’a, a ta za rzutnią do młotu – do Trevora Brookinga. Obaj to wielkie legendy „Młotów”, nie mylić z młotem, którego historię napisali w tym miejscu biało-czerwoni.

Na koniec mistrzostw lekkoatletyka zdecydowanie ustąpiła jednak miejsca piłce i to o niej w największej części pisały brytyjskie gazety. Chociaż rozdawane przy metrze „Evening Standard” i „Metro” zajmują się raczej tematami niskich lotów (jeden z artykułów poświęcono niedawno Polce, która ukradła w sklepie ubrania za 1000 funtów, ale zrezygnowano z kary, bo była ładna), jest tam także godny kawałek miejsca na sport. Jako źródło informacji służy kiepsko, za to jako zabijacz czasu – znakomicie. A w popołudniowym „peaku” sięgają po nie niemal wszyscy. Jak ktoś nie zdąży, bo się spieszy, egzemplarze przekazywane są z rąk do rąk, albo czasami anonimowo – za pośrednictwem wielofunkcyjnej półeczki za fotelami. Statystyki czytelnictwa w Wielkiej Brytanii są zdumiewające. Badania NRS z marca 2017 roku wskazują, że po każdy z trójki „The Sun”, „Daily Mail” i „Metro” sięga średnio po 10 mln ludzi miesięcznie. U nas podobny poziom trzyma tylko „Fakt”, ale jego czytelnictwo to i tak prawie połowa mniej.

W linii centralnej londyńskiego metra między jednymi a drugimi drzwiami mieści się dziesięć miejsc siedzących. Z nudnej dwudniowej statystyki wynikło, że zwykle co najmniej pięć osób z podróżujących na fotelach w godzinach szczytu trzymało w rękach coś do czytania. Zwróciłem uwagę, bo wcześniej taką samą wyliczankę zrobiłem w Warszawie. Tam też za każdym razem bywała połowa z dwunastu osób, ale zamiast gazet liczyłem gapiących się w ekrany telefonów. Dobranoc.