Co nie wyszło cudotwórcy

Zwycięstwem w Pucharze Narodów i Turnieju Czterech Skoczni, mistrzostwem świata drużyny i brązem Piotra Żyły, odblokowaniem Macieja Kota i generalnym remontem Kamila Stocha Stefan Horngacher wjechał do Polski na białym koniu. Ale efekty pracy Austriaka nie są tak spektakularne, jak chcemy je widzieć. Nie wszystko udało się tak, jak hucznie zapowiadano.

Sezon jak marzenie. Polacy najlepsi na świecie. Kamil Stoch przebił Adama Małysza. Stefan Horngacher jest cudotwórcą. Takie opinie po sezonie 2016/17 Pucharu Świata w skokach narciarskich były normą. Ale gdy przyjrzeć się uważnie, okazuje się, że nie wszystko na polskim podwórku działało jak należy. Pod stertą sukcesów zalegają sprawy, których nie rozwiązano wcale lub wyszło na to, że jest z nimi gorzej niż było. Polska nie jest jeszcze taką potęgą dyscypliny, jaką od listopada do marca z rozmachem namalowano.

Gdzie nam jeszcze do Austriaków

Zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Narodów jest sukcesem historycznym – jak najbardziej. Ale nie było żadnym pogromem, jak sugerowały media i koniecznie chcieli słyszeć kibice. I chociaż tuzin wywiadów godnych tytułu „ja chcę tylko dobrze wykonać swoją pracę” zmieniły dyscyplinę z ekscytującej w transmisje powiatowych eliminacji turnieju zbierania porzeczek, pokora, którą do znudzenia epatował m.in. Stoch i Dawid Kubacki, zasługuje na szacunek. W Planicy, gdzie kończył się sezon, biało-czerwoni uzyskali drużynowo 247 punktów przewagi nad Austrią. To ledwie 4,23% ich łącznej zdobyczy. Continue reading Co nie wyszło cudotwórcy

Kapitan jest chyba spełniony

W 2006 roku w Japonii musiało skończyć się na srebrze, bo Brazylijczycy – na których w finale mistrzostw świata trafiła ekipa trenera Raula Lozano – byli w tamtym czasie absolutnie poza zasięgiem. Co nie udało się wtedy, Michał Winiarski odrobił przed polską publicznością. W 2014 roku został filarem kadry Stephane’a Antigi i w turnieju, którego ani kibice, ani FIVB nie zapomną przez lata, jako kapitan poprowadził reprezentację przez cztery miasta i cztery hale. I wygrał. Ze sobą, z kontuzją pleców, której nabawił się w meczu z Iranem, a wreszcie też z przeklętymi Canarinhos.

– Oni są w tej chwili najwięksi w historii, nadają rytm światowej siatkówce. Nie ma przypadków. Przeszli najtrudniejszą drogę! Oni dwa razy na mistrzostwach świata ograli Brazylię! – ekscytował się po finale w spodku komentujący ten mecz w Polsacie Sport Tomasz Swędrowski. Winiarski nie wierzył. Zdjęcie, gdy z zamkniętymi oczami przeciska się przez tłum z pucharem w rękach, trafiło do historii dyscypliny i polskiego sportu w ogóle. – Udało się. Jestem szczęśliwy, mimo tabletek, które łykam, by zmniejszyć ból – mówił dziennikarzom.

Winiarski – gracz pokroju Bono i Stinga w muzyce – po polskich mistrzostwach od razu pożegnał się z reprezentacją. Podobnie postąpili inni wielcy: Krzysztof Ignaczak, Paweł Zagumny i Mariusz Wlazły. Z tej czwórki na parkiecie został już tylko ostatni. „Winiar” skupił się wyłącznie na grze w PGE Skrze, do której jako „wschodząca gwiazda” trafił już w 2005 roku. Niestety odkąd po latach wrócił do ukochanego klubu z Nowego Urengoja, zaczęły się kolejne problemy ze zdrowiem. Mistrz był (dosłownie) na plecach, które przez dwa kolejne sezony nie dały mu normalnie trenować. Nosił na nich wszystkie obciążenia chorego systemu gry. Siatkówka, to całe granie w nią przez okrągły rok, złamała nawet stal. Nie pierwszy i pewnie nie ostatni raz.

W międzyczasie Winiarski osiadł w Bełchatowie na stałe. Wraz z żoną otworzył klub Ekstraklasa.

– Utożsamiamy się z tym miastem, nasze dzieci czują się tu dobrze. To miasto żyje sportem, żyje siatkówką. Będzie mi miło, jeśli będziemy grali na wyjeździe, a kibice przyjdą obejrzeć nasz mecz właśnie do naszego klubu – mówił „Dziennikowi Łódzkiemu” w 2015 roku, gdy zarzekał się, że pomiędzy treningami sam rzadko ma czas stawać za barem. Teraz będzie miał go więcej. W Ekstraklasie (sygnowanej zresztą jego nazwiskiem) transmitowane są wydarzenia sportowe, koncerty grają najważniejsi wykonawcy w kraju. Była już Natalia Przybysz czy Anna Maria–Jopek, był Czesław Mozil. To i klimat miejsca powodują, że ludzie chcą tam przychodzić. – Chcemy tylko z żoną dostarczać bełchatowianom rozrywki – zapowiadał jeszcze jako siatkarz.

19 kwietnia w pierwszym meczu finałowym Plusligi 2016/17 Michała Winiarskiego pożegna komplet publiczności. Jego curriculum vitae zatrzyma się oprócz dwóch medali MŚ na złocie Ligi Światowej w 2012 roku, złocie MŚ juniorów, srebrze w Pucharze Świata, a także mistrzostwie Włoch, komplecie medali Ligi Mistrzów i łącznie 9 podiach w lidze polskiej. Panie i panowie, z parkietu schodzi ktoś wielki. Czapki z głów.

Rewolucja na skoczni, a my będziemy się tylko przyglądać

Od sezonu 2017/18 w Pucharze Świata kobiet będą odbywały się konkursy drużynowe. Największe reprezentacje świata już teraz mają co najmniej cztery zawodniczki na wysokim poziomie. Polki – które mają rzekomo starać się o awans na igrzyska olimpijskie w Pjongczangu – mogą się tylko przyglądać. Przed telewizorem, bo na Puchary Świata nie jeżdżą prawie wcale.

Sezon 2017/18 Pucharu Świata w skokach narciarskich zapowiada się na przełomowy. Mężczyźni po raz pierwszy w historii wystąpią na wszystkich czynnych skoczniach do lotów, po raz pierwszy od 1983 roku nie pojadą do Japonii, a kobiety po raz pierwszy w historii wystartują we własnym seniorskim konkursie drużynowym.

Środowisko jest gotowe

- Skoki kobiet, chociaż nadal bardzo młode, rozwijają się w niewyobrażalnym tempie. Myśleliśmy nad organizacją „drużynówki” już od pewnego czasu. Uważam, że przyszła najwyższa pora, by do nich doprowadzić – mówiła po finale ostatniego sezonu w Oslo pracująca przy żeńskich zawodach Agnieszka Baczkowska. Kontrolerka sprzętu z Polski z najbliższej odległości przygląda się środowisku i – jak stwierdza – widzi coraz mniejsze różnice między tym a męskim.

Baczkowska zdradziła, że chociaż dla kilku reprezentacji byłoby korzystniej przeprowadzić taki konkurs w trzyosobowych składach, większość regularnie startujących państw ma już więcej zawodniczek na międzynarodowym poziomie. – Myślę, że jest co najmniej 10 kadr, które na pewno wystawiłyby drużynę. Tego tak nie widać, jak u mężczyzn, ale skokami kobiet zajmuje się naprawdę wiele państw. Są takie, gdzie panie cieszą się zresztą większym zainteresowaniem i prezentują wyższy poziom, m.in. Rumunia czy Stany Zjednoczone. Nawet Kanadyjki miałyby cztery chętne do skakania. Nie ma więc żadnych przeszkód, by dłużej z tym czekać, zwłaszcza że trenerzy i działacze od jakiegoś czasu wypytują FIS o taki format – zdradzała.

Kraje, w których poważnie traktowane są skoki narciarskie kobiet to: Japonia, USA, Rosja, Włochy, Słowenia, Kanada, Niemcy, Norwegia, Austria i Francja i Finlandia. Ogółem 10, do tego w Pucharze Narodów sklasyfikowano 4 o trochę niższym potencjale: Czechy, Rumunię, Chiny i Koreę Południową, której jedyna zawodniczka zdobyła w sezonie PŚ 2016/17 jeden punkt. Dla Finlandii – chociaż sporo – punkty zdobywa zaledwie jedna narciarka. W kolejnych kilku federacjach podjęto się szkolenia i efekty tej pracy będą widoczne za pewien czas. Czyli rozwój trwa.

Polska pogrążona w chaosie

Polska tej zimy nie zdobyła żadnego punktu, chociaż awanse do „trzydziestek” konkursów na kontach swoich karier mają dwie zawodniczki – Kinga Rajda i Magdalena Pałasz. Jak dotąd taka sztuka nie udała się Annie Twardosz (rocznik 2001, uznawana w tej chwili za najbardziej obiecującą skoczkinię nad Wisłą) i Joannie Szwab (nieuznawanej już za obiecującą). Dwudziestolatka wiosną zeszłego roku wypadła ze struktur szkoleniowych PZN i teraz sport traktuje jako dodatek. Poszła do „normalnej” pracy. Wówczas trener Sławomir Hankus tłumaczył, że „albo ktoś jest gotowy reprezentować kraj i ma ambicję bycia najlepszym, albo daje sobie spokój”.

Z trio Pałasz-Rajda-Twardosz (w tej kolejności zostawały powoływane do kadry i w tej samej także zostawały mistrzyniami kraju na igelicie), a nawet Szwab lub którejś z kilkunastu młodszych dziewcząt można skleić drużynę, o ile wreszcie wokół żeńskich skoków w Polsce wytworzy się odpowiednia atmosfera. Na tę chwilę szkolenie przypomina chałupniczą pracę od doskoku do odskoku, w której nie widać ani logiki w zarządzaniu, ani oczekiwanych efektów. Prezes związku narciarskiego Apoloniusz Tajner stwierdził, że zawodniczki nie pojechały na MŚ do Lahti, ponieważ za dużo ważą. Dlaczego więc w porę nie wysłano ich do dietetyka? Powiedział także, że widzi szansę, by wysłać je na igrzyska do Pjongczangu. Dlaczego więc dostrzeżono ją na rok przed imprezą, skoro ranking kwalifikacyjny buduje się od 1 lipca 2016 roku i przy raptem 35 miejscach nie ma już żadnych realnych szans na ich awans? Panie mogły starać się o punkty. Niestety od tego terminu pojechały na zaledwie cztery konkursy najwyższej rangi. W Pucharze Świata – dwa.

Nie wiadomo dokładnie, co nie działa w naszych żeńskich skokach. Nie brakuje opinii, że panie zamiast pokornie trenować, zaczęły „gwiazdorzyć”. Że nie są wystarczająco profesjonalne, ale też, że Hankus nie wszystkim poświęca wystarczająco dużo uwagi, a do tego nie jest najlepszym specjalistą. Z drugiej strony nie można dziwić się jego złości i wyraźnej krytyce, że PZN prawie wcale nie dba o rozwój i odpowiednie warunki dla jego grupy. I coś w tym jest, skoro jeden z bardzo wysoko postawionych pracowników związku nie tak dawno powiedział o skokach kobiet: „To takie sztuczne i na siłę. Kobiety to powinny co innego robić, a nie na nartach skakać.”

Pierwszy konkurs drużynowy w PŚ kobiet odbędzie się w Hinterzarten 16 grudnia. Jeśli obecnie skaczące Polki mają skrócić dystans do świata, ostatni dzwonek, by zacząć gonić, już dawno wybił.