Trujące stężenie Kubicy w powietrzu

Odnoszę wrażenie, że odkąd Robert Kubica uległ w 2011 roku w Ligurii wypadkowi w rajdzie samochodowym, o jego kolejnych życiowych wyborach mówi się częściej niż gdy był jeszcze kierowcą Formuły 1. Wyborach, bo poważna kariera skończyła się na feralnej przydrożnej bandzie, ewentualnie – jak mogliśmy przeczytać po ostatnich sensacyjnych testach w bolidzie Renault – została zawieszona na czas nieokreślony.

Po sześciu latach tułaczki po trasach i w pojazdach (prawdopodobnie?) większości klas wyścigowych świata przyzwyczaiło, że każdy ruch Kubicy znajdował sobie sporo miejsca w mediach. Testy? Będzie wywiad, albo przynajmniej wypowiedź. Zderzenie z drzewem na początku rajdu? O panie! To jest na pewno temat na czołówkę. Żeby zobaczyć poziom zainteresowania jego sprawami, wystarczy wpisać frazę w Google Trends. Niezłe EKG i pal sześć, jeśli pisze się o konkretach, bo tych istotnie ciekawy jest każdy kibic. Pomijam kwestię samego wypadku, rehabilitacji i drogi, którą musiał przejść ten sympatyczny jak się wydaje człowiek, bo to nic dziwnego, że naród interesował się zdrowiem idola. Ale powstawanie galerii internetowych pt. „Wszystkie wypadki Kubicy” nie ma nic wspólnego z powagą, a miało miejsce bynajmniej nie w Bravo Sporcie, a poważnym medium. Niestety w pewnym momencie po wypadku, który prawie go zabił, po idolu zostało miłe wspomnienie, ale „hype” potęgował się z każdym miesiącem zupełnie tak, jakby ten opłacał redakcje, chcąc zadbać o odpowiedni marketing. Taki zarzut usłyszałem z trzech niezależnych ust, w dodatku w ogóle niezwiązanych z branżą. Podobnie przez jakiś czas po zakończeniu kariery było z Adamem Małyszem, tyle tylko, że ten wypowiadał się w roli eksperta albo wyskakiwał z szafy poprzez reklamy. Kubica zawsze jest o Kubicy. Nawet gdyby zrobiono z nim materiał o paleontologii, też stwierdziłbym, że w środku będzie gdzieś wątek powrotu do F1. Aż do ostatnich dni nie było jednak w tych treściach prawie żadnych konkretów. Jest za to do bólu irytujące pompowanie balona.

Przejrzałem ostatnie kilka tygodni w mediach i nie zdołałem zliczyć tekstów, które z miejsca wpychają go do bolidu. Po zaledwie stu okrążeniach na zamkniętym torze, w samochodzie sprzed kilku lat. – Odpowiedziałem sobie na wiele pytań, ale to potrwa – powiedział wbrew temu, co grzałoby czytelników i większość piszących. Gdy napisałem na Twitterze, że stężenie Kubicy robi się toksyczne, przeważnie otrzymywałem odpowiedzi, że jestem malkontentem, nie mam pojęcia o tym, co to sto okrążeń oznacza i jak Robert Kubica jest ważny dla świata motoryzacji. Kochani… nie jest (zastanowiłem się i edytowałem: jest trochę, nie bardziej niż wielu innych, ale mniej niż najwięksi, którzy jednak coś na podium podnosili w górę). Tak jak bardzo rzadko mówi się w Polsce o losach Michaela Schumachera (to po części wola rodziny), o Polaku za granicą mówi się jeszcze mniej lub – do dnia testów – wcale. Część kibiców pewnie ledwo kojarzy, kim jest, tak samo jak nikt spoza 15-20 państw świata nie ma bladego pojęcia o losach czy istnieniu Małysza. Porównywanie jego niedawnego treningu do – cytuję – powrotu Svena Hannawalda na igrzyska w Pjongczangu i zajęcia przez Niemca wysokiego miejsca jest absurdalne. Hannawald ma 3 medale igrzysk, 4 medale mistrzostw świata, 18 wygranych w Pucharze Świata i zapis na kartach historii dyscypliny. Kubica w F1 – 1, za to (fani Roberta uważają to za najważniejsze) uroczą łatkę tego, który byłby lepszy, gdyby miał lepszy pojazd. Odpowiedzi oponentów: „Statystyki są suche”, „Nie trzeba czytać; lepiej się otaczać rzeczami pozytywnymi niż narzekać”. Poważnie?

Irytuję się dlatego, bo od sześciu lat aż do ostatnich dni w sprawie Kubicy prawie wszystkie informacje brzmiały jednakowo. Teraz też brzmią tak samo, tyle że jest w nich jeszcze więcej cukru i braku opamiętania. To żadna Kubicy wina, że pracuje na swój powrót, tylko wszystkich tych, którzy jego pracę próbują przyspieszyć pustą sensacją. NAPISZĘ DLA JASNOŚCI – SZANUJĘ KUBICĘ, WIEM MNIEJ WIĘCEJ, JAKĄ PRZESZEDŁ DROGĘ, BY ZNALEŹĆ SIĘ W ELICIE. W kraju bez toru? Łał. To dokładnie taka sama droga, którą przeszedł np. Zbigniew Bródka, mistrz i medalista olimpijski. A w jego przypadku EKG z Google Trends nie jest zbyt powykręcane. Zasłużył mniej?

Dzisiaj w redakcji ktoś rzucił o Kubicy celnie: „Ten facet zwyczajnie zrujnował swoją karierę, chcąc jak dzieciak bawić się w drifty Skodą”. Może gdyby tego nie zrobił, rzeczywiście byłby wielki. A nie jedynie popularny.

Lahti umie w PR, czyli mail na przypudrowanie rzeczywistości

Zapowiadane jako rozważne, ekonomiczne i rozwijające kraj mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym w Lahti zakończyły się finansową klapą. W związkowej kasie brakuje 1,6 mln euro, nie wywiązano się z umów, ale organizatorzy… wysłali PR-owego maila, w którym ogłosili sukces. 

Wiadomość trafiła na skrzynki e–mailowe dziennikarzy obsługujących MŚ we wtorek. Przeczytałem m.in. że „fińskie serca napełniły się na nowo miłością do nart”. Gorzej było z napełnianiem się kont bankowych. Continue reading Lahti umie w PR, czyli mail na przypudrowanie rzeczywistości

Koszmar architektury dopchał się na salony

Historia Wisły jako gospodarza zawodów Pucharu Świata przypomina bajkę o kopciuszku. Niby miasto o sporych tradycjach w skokach narciarskich (na jego terenie mogło istnieć w przeszłości nawet trzydzieści skoczni!), niby z mocnym klubem i wychowankami obwieszonymi medalami najważniejszych imprez, niby o dużym potencjale turystycznym. W miarę ładne, nie najbiedniejsze, z ambicją zaistnienia w świadomości społecznej jako to, gdzie się dzieje. Mimo to do 2016 roku funkcjonowało jako ubogi krewny Zakopanego. To tam był benefis i wielkie zwycięstwa obywatela Wisły Adama Małysza, to tam od zawsze kibice zatracali się w przyklejonych do Krupówek lokalach, podczas gdy z Wisły – jak szybko do niej przyjechali – wracali do domu, nie zostając nawet na kolację. Rodzinne miasto Małysza dostawała od komisji kalendarzowej ochłap. Jeden konkurs w środku tygodnia, w dodatku po pierwszym – w 2013 roku – nie uwzględniono go w tzw. „drafcie” na kolejną zimę, tłumacząc, że nie wypadło tak, jak oczekiwali tego w FIS. Beskidy przetrzymały krytykę, wpompowały w organizację odpowiednio dużo pieniędzy i zaangażowania, aż wreszcie dostały w nagrodę imprezę, na którą na dłużej niż półtorej godziny zerknie narciarski świat. Wisła to kopciuszek, bo startowała z pozycji głodnego psa zjadającego zrzucane mu ze stołu kąski. Kopciuszek, bo zdaniem wielu bardziej na ten prestiż zasługiwało Zakopane.

Ale w Wiśle – w przeciwieństwie do Zakopanego – skocznia i generalnie sport to oczko w głowie. Dzięki umowie dzierżawy z PZN na obiekt za darmo wchodzą wszyscy zainteresowani treningiem Polacy. Nie ma corocznych cyrków z wynajęciem obiektu od COS, bo upraszczając, związek jest po prostu u siebie. Nie ma problemów z odrywającym się igelitem, nie ma problemu z rozróżnieniem roli skoczni jako atrakcji dla turystów od funkcji areny sportowej. Jest się nią komu opiekować. Po początkowych uwagach od FIS teraz Beskidy zwykle wskazywane są światu jako przykład. Jak gdzieś była amatorka, to za rok już jej nie będzie. Jak nie było przez lata dobrego dojazdu, to w trybie ekspresowym teraz układa się projekt budowy odpowiedniej szerokości chodnika. Inauguracja to nagroda, o której dyrektor PŚ Walter Hofer – jeszcze jak miała miejsce w Klingenthal – mówił, że po Turnieju Czterech Skoczni i finale w Planicy jest najważniejszym momentem sezonu.

***

Jak ważne muszą być w Polsce skoki narciarskie, że minister sportu nalewa z pustego i jeśli trzeba – daje gwarancję dofinansowania instalacji całorocznych torów najazdowych? Ważne. Tak samo jak my powoli stajemy się ważni na świecie. FIS wie, że po Niemczech jesteśmy drugim najważniejszym rynkiem „zbytu” i kompletnie nie dziwi, że Walter Hofer dużo wcześniej przed ostatnim spotkaniem komisji za kulisami rozmów złożył Polsce obietnicę. To już nie są lata, że Zakopane starające się o mistrzostwa świata otrzymuje okrągłe zero głosów. Strach pomyśleć, co byłoby, gdyby wizjoner Apoloniusz Tajner (mówił o możliwej inauguracji PŚ już dwa lata temu, tyle że w Szczyrku) do końca doprowadził pomysł skakania na Stadionie Narodowym.

Nie mogę się jednak powstrzymać. Skoro inaugurację sezonu organizuje się w Wiśle, gdzie tak łatwo przychodzi organizatorom załatwianie dotacji i budowanie chodników, dlaczego po tylu latach od otwarcia architektonicznej makabryły nie uratowano jej choćby budową ukośnej trybuny wzdłuż zeskoku? Głupio będzie znowu Andrzejowi Wąsowiczowi i spółce wieszać wzdłuż płotu nieprzezroczystą szmatę i chronić skocznię przed oczami tych, którzy nie załapali się na jedno z 4 tysięcy miejsc. Czterech tysięcy, czyli nawet mniej niż chodzi na cholernie nudne mecze Śląska Wrocław! A podkreślmy to może raz jeszcze, że rozmawiamy o inauguracji olimpijskiego sezonu PŚ. W takim kraju jak Polska równie nieużyteczny, ciasny i brzydki obiekt nie miał prawa istnieć. Cóż. To, że tak szybko zaszedł tak daleko, każe jeszcze niżej ukłonić się polskiemu lobby.