Wszystkie wpisy, których autorem jest m.chmiielewski

Bieg zdartych ramion i zdeptanych barków

Wreszcie wziąłem udział w Runmageddon. W mistrzostwach Polski dziennikarzy stanąłem na podium, ale podobno się pomylili i któryś z kolegów był na mecie szybciej. Po sześciu kilometrach, w tym pięciu w błocie i jednym w wodzie było mi już wszystko jedno.

Jeżeli ktoś ma już wystarczająco dużo zaliczonych maratonów, nie boi się ubrudzić i pamięta jeszcze z wuefu, jak się robi przewroty w przód – powinien tego spróbować. Runmageddon odzwierciedla nazwą, czym jest. Męczarnią wydolnościową, testem ambicji, wyjściem ze stref komfortu i osobistym doświadczeniem, ile mięśni ma człowiek, o których nie wiedział.

Do wyboru są różne dystanse – odartym z koszul i dyktafonów zaproponowano sześć kilometrów, które nazwano „rekrut”. „Intro” ma trzy, a „classic” – dwanaście. Podobno są jeszcze większe hardkory, ale nawet nie sprawdzałem, bo kilkaset metrów więcej i pewnie skończyłbym w karetce. Runmageddon to na zmianę bieg (najmniej), marsz (więcej), pełzanie w błocie (to byłaby adekwatna nazwa zastępcza biegu, bo było cały czas), czołganie się pod drutem kolczastym, pływanie i tuziny zadań, takich do wykonania i takich nie. W Warszawie należało m.in. przeskakiwać kilkumetrowe drewniane ściany, ślizgać się pod wałkami z opon czy przenosić przez las i kanały trzydziestokilogramowy kawał betonu, na który puściłem więcej „kurew” niż po skoku Roberta Matei w drużynówce w Sapporo 2007. Poza tym kazali wspinać się po linie, płynąć przez zalew, zjeżdżać na lianie jak Indiana Jones, wskoczyć do basenu z lodem, a potem jeszcze więcej brodzić w błocie i jeszcze więcej się czołgać. Jak do oka wpadł piasek, zostawał, bo wyjściem „b” było wyłącznie włożenia w nie palca, na którym było błoto.

Jedna trzecia tych przeszkód jest nie do zrealizowania bez pomocy drugiej osoby, nawet dla gościa o wzroście 190 centymetrów. Bo ważę 75 kilogramów i podciągać umiem co najwyżej nogawki spodni. Ściany pokonywałem więc najpierw stawiając but na koszyku z rąk innego uczestnika, a potem drugi na jego barku. Runmageddon to jednak ta wyjątkowa sytuacja, że robiąc w ten sposób, ani razu nikogo nie ubrudziłem, bo od pierwszej przeszkody był tak uświniony, że co najwyżej pomogłem mu strzepać z koszulki trochę syfu.

Ja przed biegiem: czysty, ubrany w lycrę i dres oraz kurtkę biegową. Niewyspany.
Ja po biegu: nie mam nic do powiedzenia; walczę tylko z nadmiarem endorfin i bardzo chciałbym się umyć. Przez tydzień po czołganiu i upadkach twarzą w kałuże będą mi się goić ramiona i łokcie, a ze szramy na czole chyba wyjdzie blizna.

Na mecie dali mi tabliczkę „do wesela się zagoi” i zrobili zdjęcie.

Marchewkowe Seicento i wyścigi uliczne

Godzina 23.30 albo później. Na ulicy koło Okęcia, gdzie w ciągu dnia jeżdżą prawie wyłącznie miejscowi, taxi i obsługa lotniska, a nocą mniej obsługi i prawie żadnych taxi, bo wjazd do hali nowego terminala znajduje się kilkaset metrów stąd.

- Co tu się dzieje? – Paulina przeczytała mi na głos myśli. W miejscu, w którym o tej porze miało nie być nikogo, stały naraz wszystkie samochody Warszawy. Z liter numerów rejestracyjnych można by układać zdania; kilka samochodów zarejestrowano poza Polską. Jeden w Rosji. Najpierw mijamy środkiem dwa kilometrowe rzędy zaparkowanych na poboczu, wkrótce stajemy na końcu dwurzędowej kolejki do świateł. W marchewkowym Fiacie Seicento z radiem na kasety i fotelami z pokrowcami w tygrysy czekamy w korku z BMW, Audi, Seatami i czymkolwiek innym. Jako jedyni nie mamy przyciemnianych szyb, chromowanych wydechów i świecących felg, a między naklejkami „Lubię zapierdalać” nasza, zostawiona po dziadku „Wrzuć trójkę” ze starym logo Polskiego Radia, wygląda śmiesznie. Spełniamy za to warunek, że na fotelu pasażera musi Continue reading Marchewkowe Seicento i wyścigi uliczne

Panie Stasiu, kiedy ten rekord? [REPORTAŻ]

stanislaw-szczyrba (1)

Historia Stanisława Szczyrby – człowieka, który dwadzieścia siedem lat temu wyjechał z Polski, żeby zostać legendą lekkoatletyki. Jego zawodnicy zdobywali medale olimpijskie i mistrzostw świata, bili rekordy świata. A ten jeden, w skoku wzwyż mężczyzn, jak nie chciał zostać na stojakach, tak nie chce. Ma go pobić największy diament pana Stasia, Mutaz Essa Barshim. 

Szczyrba to też przy okazji trener mojego trenera. 

Zanim Mutaz Essa Barshim podszedł do ekipy po flagę, żeby móc z nią w Londynie świętować mistrzostwo świata, trener zdążył się już rozpłakać. Jako jedyny na trybunie nie ruszył się z krzesełka, tylko schylił głowę, nakrył się czapką i schował twarz w dłoniach. Wszyscy wokół albo stali, albo wrzeszczeli na cześć nowego króla skoku wzwyż, tymczasem król – zanim zajął się dziękowaniem za doping – poszedł przytulić szkoleniowca. Gdyby nie udawał twardziela, pewnie płakaliby obaj.

Wygrana chęci nad cierpieniem

To Polak jest tym schowanym za dłońmi. 71–letni Stanisław Szczyrba został ojcem, mózgiem i duszą sukcesu, na który Katar czekał od 2009 roku, ale w ogóle nie brano pod uwagę, że dokona go akurat Barshim.

– 7 grudnia minie pięćdziesiąt lat odkąd jestem trenerem. Tego dnia założono mi moją pierwszą grupę. Opowiedzieć te lata? To jakby opowiedzieć całe życie – przekrzykuje głośniki Szczyrba. Rozemocjonowany nie czuje zaczepek kolegów w fioletowych strojach ani tego, że za chwilę zacznie się dekoracja medalowa jego zawodnika. W końcu przerywamy. Gdy wywołano nazwisko złotego medalisty, wstał, podniósł zaciśnięte pięści i przyznał koledze: „Wiesz, co? To mój najlepszy moment w karierze”. Mutaz skoczył 2,35 metra i chociaż ma już 26 lat, a od sześciu jest najlepszy na świecie, pierwszy raz w karierze seniora zdobył na stadionie złoty medal.

Szczyrba znowu usiadł. Już po wszystkim. – Nigdy nie wyobrażałem sobie, że mógłbym być w życiu tak szczęśliwy. Z moim zdrowiem nie jest za dobrze i w ostatnich miesiącach walczyłem dzień za dniem Continue reading Panie Stasiu, kiedy ten rekord? [REPORTAŻ]