Archiwa kategorii: wpisy

„Stają w kole i omawiają, gdzie popełnili błędy”. Niezwykły zwyczaj w The World Games

Kibice, którzy dopiero w trakcie The World Games 2017 zobaczyli po raz pierwszy mecz ultimate frisbee, przecierali oczy ze zdumienia. Sport, w którym siedmioosobowe drużyny zdobywają punkty poprzez łapanie dysku w polu rywala, ma klimat niespotykany nigdzie indziej. Zawodnicy po akcjach wykonują drużynowe rytuały, menadżer intonuje doping pod trybuną, a na boisku nie ma sędziego, bo wszystkie spory wyjaśniają między sobą gracze. Gdyby ten sport miał popularność na poziomie siatkówki czy piłki nożnej, konkursy fair-play można by mu wpisywać z góry na wszystkie edycje do końca stulecia.

Jest aż za miło. Po zakończonym meczu obie drużyny spotykają się na środku boiska i w kółku rozmawiają nawzajem o swojej grze. Trwa to czasem kilka chwil, czasami kilkanaście minut. – Opowiadamy sobie dokładnie o wszystkich odczuciach. Skoro nie ma sędziego, to my wyjaśniamy wszystkie sporne sytuacje, opowiadamy o błędach i tym, co było w meczu fajne. Robimy to po to, żeby po meczu w szatni atmosfera była w porządku. Żeby wracać do domu z poczuciem, że to był kolejny dzień, gdzie frisbee dało ci coś dobrego – opowiada menadżer biało-czerwonych Maciej Antoniak.

Polacy zdradzili, że narada po meczu z Australijczykami (przegraliśmy 8:13) była tak długa, bo od początku ich pobytu na The World Games między oboma reprezentacjami zawiązała się wielka przyjaźń. – Byliśmy bardzo zaskoczeni, ale ich kapitan wygłosił nam po polsku przemówienie. Powiedzieli, że czują się wspaniale, mogąc tu z nami być, że wiele nam zawdzięczają. To było piękne – opowiada Antoniak, na pierwszy rzut oka jeden z najbardziej ekscentrycznych menedżerów sportowych nad Wisłą. Sam przyznaje, że po dwóch latach spędzonych przy tej reprezentacji związał się z nią bezgranicznie. I żyje każdym jej meczem i treningiem.

Dla Polaków, którzy we Wrocławiu stają na boisku na Polach Marsowych naprzeciwko ludzi, których akcje oglądają z podziwem w internecie, The World Games to krok w stronę popularyzacji. To o tyle proste, że frisbee jako rozrywka sprawnie funkcjonuje w społeczeństwie w parkach, na podwórkach i plażach. Ale żeby grać, trzeba czegoś więcej, dlatego w Polsce już teraz powstaje siatka szkolenia następnego pokolenia. Ci, którzy dzisiaj przecierają szlak, jutro będą pewnie szkolić następców. We Wrocławiu właśnie powstają pierwsze klasy licealne o profilu ultimate frisbee. W Warszawie to samo robią w jednym z gimnazjów. Krajowe rozgrywki na razie działają w systemie mistrzostw Polski. Narybek, który się teraz tworzy, ma spowodować, że niedługo ruszy normalna profesjonalna liga – taka, jaką po nocach nasi kadrowicze oglądają transmitowaną z USA.

Antoniak ma podejście romantyczne. – Większość grających zaczynało w innych dyscyplinach, kochało kiedyś coś innego. Ale to, jakie jest frisbee chyba u wszystkich z nas spowodowało, że stare miłości stały się nieważne.

Dorosło nam pokolenie, któremu 10 to za mało

Dla jednych impreza życia, dla drugich weekend rozczarowań – takie dla biało-czerwonych były mistrzostwa Europy poniżej 23 lat w Bydgoszczy. Polska lekkoatletyka kończy je z 10 medalami, ale doczekaliśmy się pokolenia, któremu 10 to za mało. I słusznie.

Złoty Konrad Bukowiecki nie obejrzał, jak koledzy z naszej młodzieżówki walczą o medale w dwóch ostatnich dniach ME w Bydgoszczy, bo tuż po swojej dekoracji wyleciał na start do Rabatu. Ale druga złota medalistka z piątku – Ewa Swoboda – została i w niedzielę prowadziła krótką sztafetę po medal. Najszybszej indywidualnie Polce zabrakło na ostatniej zmianie 0.14 s. Czwarte to za mało.

Zawiedzeni i wygrani

– Robiłam przed sezonem wszystko, żeby biegać szybciej. Byłam dokładniejsza, uważniejsza i zdrowa. Jestem smutna, bo mimo to brakuje mi szybkości – tłumaczyła Swoboda, która nadal nie pobiegła tego lata minimum na MŚ w Londynie. Dobrze dla emocji, że wpadkę (chociaż to wcale wpadka nie była) krótszej sztafety odpracowała z nawiązką czterystumetrowa. Na ostatniej zmianie Aleksandra Gaworska najpierw zablokowała w strefie zmian Brytyjkę, a potem przy ogłuszającej wrzawie utrzymała rywalki za plecami na finiszu. Panowie skończyli ze srebrem.

Na bieżni było więcej medali. Trzy autokary fanklubowiczów Sofii Ennaoui z Lipian czekały, aż po zwycięskim biegu na 1500 metrów ich gwiazda przyjdzie pochwalić się złotem. Doczekali się, tyle że srebra, bo bez niespodzianki Niemka Konstanze Klosterhalfen okazała się za silna. – Jutro będziesz się poprawiać. Dzisiaj się ciesz! – motywował rozczarowaną zawodniczkę trener Wojciech Szymaniak, a ta odpowiadała mu, że nie ma z czego, bo nie wygrała nic powyżej tego, na co zasługiwała. Do radości nie trzeba było za to przekonywać trzeciej na finiszu Martyny Galant, której karierę dotychczas śledzili wyłącznie pasjonaci dyscypliny. – Jeszcze niedawno nie pomyślałabym, że ktokolwiek zaprosi mnie na taką imprezę. To mój piękny dzień. Jestem w grupie sponsorskiej przygotowującej się do Tokio. W trzy lata dogonię Sofię i Konstanze! – zapowiedziała. Na tym samym dystansie identyczny medal wywalczył wcześniej Michał Rozmys, ale nic dziwnego, że lider tabel wychodził ze stadionu zły, skoro przyjeżdżał do Bydgoszczy z najlepszym czasem. W lekkoatletyce dorosło nam pokolenie ambitnych. Continue reading Dorosło nam pokolenie, któremu 10 to za mało

„Jedziesz 100 km/h przez tunel i nie masz czasu na śmierć.” Kolarstwo to rajd szalonych

Po wypadku Rafała Majki w Tour de France Czesław Lang powiedział: „wyliże się, kolarze to twardziele”. Prawda jest taka, że w peletonie leżał każdy. – Jak nie jedziesz na maksa, to nie dostaniesz kontraktu. A gdzie się pokazać, jak nie w wyścigu, który co tydzień ogląda tyle osób, co Super Bowl? – opowiada były kolarz Bartosz Huzarski, który z rowerem pożegnał się leżąc na poboczu etapu Vuelta a Espana.

Po wypadku Rafała Majki, gdy niespodziewanie okazało się, że wypadki w kolarstwie trafiają się nie tylko „komuś i gdzieś”, ale też naszym i teraz, patrzy się na profile tras wyścigów i oczami wyobraźni widzi na nich kaskaderów. Kiedy trzeba podjeżdżać, jest w porządku, bo tam po prostu męczą się nogi. Ale gdy do pokonania jest kilkaset metrów różnicy wzniesień na dół z zakrętami, na lekkim jak piórko rowerze z cienkimi jak włos oponami, pada pytanie: – Tu, gdzie się można zabić, to jest naprawdę sport?

Każdy leżał

- Pierwsza minuta po upadku? Nie pamiętam żadnej. Kraksa to są sekundy. Grzejesz przed siebie i jak się coś dzieje, nic nie możesz zrobić. Ewentualnie wpaść do rowu, na krawężnik albo jak Richie Porte – na kamienną ścianę. Wciskasz hamulce, zamykasz oczy, a potem Continue reading „Jedziesz 100 km/h przez tunel i nie masz czasu na śmierć.” Kolarstwo to rajd szalonych