Archiwa kategorii: wpisy

Wisła, a potem Stadion Śląski? Niemożliwe nie istnieje

Nie w połowie, a na początku listopada w Polsce dało się już uprawiać narciarstwo. Ta sama firma, która wypluła ze swoich maszyn dwa tysiące metrów sześciennych śniegu do pokrycia skoczni w Wiśle, to samo na mniejszą skalę zrobiła w moje urodziny w Warszawie (ale nie w ramach prezentu). W 2014 roku w Soczi Finowie zrobili podobnie, kryjąc nim większość obiektów igrzysk olimpijskich. Podobnie pracowali swego czasu w Klingenthal. Pierwszy taki pomysł pamiętam z 2011 roku, gdy na grudniowe zawody na K125 w Harrachovie Czesi wydali miliony koron, a pogoda zaśmiała się im w twarz i na dobę przed skakaniem zaczęły się śnieżyce. To, co zrobił PZN we współpracy z Supersnow, to w zasadzie nic nowego. Tyle że wreszcie w naszym kraju.

Pamiętając podobne przypadki sztucznego naśnieżania wbrew naturze, nie bałem się, że Polakom się nie uda. Po raz kolejny potwierdziło się, że w kwestii organizacji imprez jesteśmy znakomici, a w przypadku tych irracjonalnie rozdmuchanych – niezrównani. Sternicy polskich nart doprowadzili do skutku projekt, na który nasza kadra zasługiwała od lat. Od dawna mieli przygotowany plan, którego i tak się nie trzymali, bo wszystkie punkty przygotowań odhaczali z wyprzedzeniem.

W czwartek na konferencji prasowej Apoloniusz Tajner powrócił do pomysłu organizacji skoków na stadionie – tym razem Śląskim w Chorzowie. Gdyby znalazł się inwestor (chodzi o bagatela 20 mln złotych), za dwa-trzy lata ok. 50 tysięcy ludzi zobaczy prolog Pucharu Świata na tymczasowej skoczni 90-metrowej. Byłaby to największa tego typu konstrukcja w historii i na pewno najdroższy PŚ, jaki kiedykolwiek przeprowadzono.

Dużo bardziej jednak podobał mi się pomysł prologu z wykorzystaniem skoczni w Szczyrku. W lawinie pomysłów prezesa odkopałem inicjatywę, by śladem slalomu giganta w Solden ściągnąć w październiku do Polski najlepszych skoczków, biegaczy i kombinatorów. Bez wątpienia byłby to tańszy, mniej spektakularny i bardziej wymagający projekt (potrzeba dodatkowego naśnieżenia tras na Kubalonce, a wcześniej – ich modernizacji), ale bliższy prawdziwemu narciarstwu. Podzielam zdanie Kamila Stocha, który zapytany kiedyś o taką imprezę stwierdził, że lepiej wymyślić coś innego. Nie znam przyczyn jego niechęci, ale moje są takie, że skoki od zawsze kojarzyły mi się z naturą. Że jak na nie jedziesz, to jest zimno, świeżo, rześko i dziko. Już wspomniane Soczi w niczym nie przypominało tej dzikości, bo zamiast naturalnej konstrukcji wzniesiono tam stalowe potworki, a naprzeciw ustawiono wieżowiec z kontenerów. Było jak w porcie towarowym, a nie w górach.

FIS ma dyscypliny idealnie nadające się do eksponowania w mieście – big air i aerials, które zresztą są w programie igrzysk. Są tak samo widowiskowe, a do ich przeprowadzenia i tak potrzebna jest ingerencja w teren. Do tego zajmują stosunkowo niewiele miejsca. Wolałbym jako kibic, żeby skoków już więcej nie udziwniano, ale gdyby faktycznie projekt doszedł do skutku – i tak będę dumny, że stało się to akurat w Polsce. Tak samo jak jestem teraz, że mimo ogólnopolskiego kręcenia nosem dali radę w Wiśle.

Nie można wskazać na Andrzeja W. i po prostu go skreślić

Jeden z najwyżej postawionych działaczy PZN Andrzej W. został oskarżony o zbrodnie komunistyczne przeciwko narodowi polskiemu i odpowie przed sądem. Ale nie wolno oceniać go jednoznacznie i zapomnieć o dokonaniach w narciarstwie. 

Młode pokolenie, do którego należę, dożyło czasów, w których sporo rozumie, ale nadal mało wie. Mało, bo urodziło się po „Solidarności” i obradach Okrągłego Stołu; nie strajkowało, nie stało w kolejkach po mięso, nie żyło w ustawicznej obawie o święty spokój. Nie musiało na nikogo donosić, nikogo sprzedawać, a potem patrzeć mu w oczy i udawać przyjaciela. Po zmianach w armii nie musiało iść nawet obowiązkowo do wojska. Wchodząc w dorosłość – o ile jako gówniarze nie kradliśmy torebek albo telefonów z lombardu – mamy czyste karty. Możemy sobie układać życie jak chcemy i o ile nie złamiemy prawa, nikt za dwadzieścia-trzydzieści lat nie powinien nam niczego wypomnieć.

I teraz jako dorośli ludzie dowiadujemy się, że nie zawsze tak było.

Polacy z półtora pokolenia wyżej, tzn. ludzie w wieku 55-60 lat i więcej, musieli i muszą się z tym wszystkim mierzyć. Fobia wobec towarzyszy, kapusiów i komunistycznych gnid jest dzisiaj tak duża, że – opowiadała mi to mama – z pracy w instytucjach państwowych usuwa się teraz prawie wszystkich „naznaczonych” komunizmem. Młode pokolenie widzi, że trwają czystki – lustracje, teczki, IPN i wskazywanie palcem. Usuwanie, a raczej plewienie, bo przecież chodzi o chwasty. Gorzej, że w jednym szeregu z wybitnymi zdrajcami społeczeństwa stawia się ponoć nawet portierów, kierowców albo naukowców, którzy przed 1989 rokiem pobierali „czerwone pieniądze”.

Jeżeli oskarżenia prokuratury wobec W. potwierdzi wyrok sądowy, trudno będzie sklasyfikować go jako pokrzywdzonego przez opinię publiczną, bo okazałoby się, że to on krzywdził innych. I to wyjątkowo bezczelnie. Tylko że w sprawie rozliczania go za przykrą przeszłość jest drugie dno. Były szef komitetu organizacyjnego Pucharu Świata w skokach narciarskich w Wiśle w nowych czasach zajął się pracą na rzecz sportu. Jako pracownik związku narciarskiego był przy przy budowie nowej skoczni w Malince, a potem poświęcił się jej rozwojowi. Na swoim stanowisku był barwny, ale nie można mu odmówić gigantycznego wkładu w rozwój tej dyscypliny w naszym kraju. Unikając podziału procentowego, kto i jak dużo zrobił dla ściągnięcia w Beskidy inauguracji PŚ w sezonie olimpijskim, w ciemno zakładam, że W. był w tym rankingu jednym z liderów. Jego rezygnacja w tym momencie to dla środowiska strata.

Od 2013 roku, bo wtedy Puchar Świata zagościł tam po raz pierwszy, przeszła długą drogę. Były żółte kartki od FIS, ostrzeżenia i sugestie zmian. Wszystkich dokonywano błyskawicznie. Impreza rozwinęła się do tego stopnia, że najwyżej postawieni ludzie w międzynarodowej federacji mówią dziś, że gdyby skocznia mogła pomieścić normalną liczbę kibiców, nie zostając zgwałcona fatalnym projektem trybun (to akurat moja opinia), pod każdym względem prześcignęłaby tę w Zakopanem. AW żył nartami. Gdy się do niego dzwoniło, opowiadał tak ciekawie, że z pobocznych wątków rozmów można by napisać kilka kolejnych tekstów. W ostatnich miesiącach prawie zamieszkał na skoczni, żeby w dniach 17-19 listopada opinia publiczna mogła o zawodach powiedzieć: „brawo, daliście radę”.

Dlatego jeżeli ktoś chce teraz na niego pokazywać palcem i wyzywać od najgorszych (warto z tym jednak poczekać na rozwój wydarzeń), niech przynajmniej podzieli jego życiorys na ten z PRL i ten z czasów pracy dla polskiego sportu. Bo mocno ze sobą kontrastują.

Diabeł berliński. Narty, szpiedzy i nielegalne techno

berlin teufelsbergWidok ze szczytu skoczni narciarskiej na Teufelsbergu, lata 60. Na horyzoncie dach Olympiastadion, klocek z prawej strony to słynna jednostka Corbusiera.

Powstawała jako grób II wojny światowej – z 75 milionów metrów sześciennych gruzów upadłego Berlina, zrzuconych w jedno miejsce tuż obok Stadionu Olimpijskiego. Teufelsberg – „Góra Diabła” – wyrosła osiemdziesiąt metrów ponad poziom miasta i stała się dla berlińczyków namiastką Alp. Na zboczu, z którego do teraz wystają ostrzeliwane siedemdziesiąt lat temu cegły, wytyczono tor saneczkowy i czterystumetrową trasę zjazdową z prawdziwym wyciągiem, na której 28 grudnia 1986 roku zorganizowano w strugach deszczu Puchar Świata FIS w slalomie równoległym. Najszybciej zjeżdżał Leonard Stock, wyprzedzając takie tuzy jak Ingemara Stenmarka i Bojana Krizara. Baza Getty Images chowa zdjęcia z tamtych zawodów – należy w kolorowej wyszukiwarce pisać „1986 teufelsberg weltcup slalom” i wyświetlą się jako pierwsze.

Nas na wzgórze przyciągnęły jednak pozostałości po twórczości Heiniego Klopfera – tego samego architekta, który zbudował w Oberstdorfie czwartą obecnie największą skocznię narciarską świata. Ten były reprezentant RFN został w latach 50. poproszony o podobną pracę na północnym stoku Teufelsbergu i gdy w lutym 1955 roku odbyły się pierwsze zawody na obiekcie 24–metrowym, Berlin zechciał mieć jeszcze jeden, prawie dwukrotnie większy. Otwarcie nastąpiło siedem lat później i w następnych latach przyciągało tam takie sławy jak m.in. Georga Thomę czy Czechosłowaka Jiriego Raskę. Trenowano tu chętnie, bo konstrukcje – oprócz dobrej lokalizacji – miały igelit, po którym dziś nie został już nawet ślad. Ostatnie zawody, które obejrzało podobno ponad pięć tysięcy widzów, rozegrano w 1969 roku. Potem – według kilku źródeł, które przeczą kilku innym – całą infrastrukturę nakazano bezwzględnie Continue reading Diabeł berliński. Narty, szpiedzy i nielegalne techno