Archiwa kategorii: wpisy

Goran Janus – eksbóg rzymski

Po kiepskiej inauguracji sezonu Pucharu Świata w Wiśle pod adresem trenera kadry Słowenii Gorana Janusa posypały się słowa krytyki. Kibice i dziennikarze krajowych mediów wypominali punkty zaledwie dwóch „junaków” w pierwszym konkursie i to, że najlepszy Tilen Bartol był dopiero 20., wyżej niż Peter Prevc. Fani talentu zdobywcy Kryształowej Kuli za sezon 2015/16 nie mogą doczekać się jego powrotu do formy i narzekają, że jeśli nic się nie zmieni, to w igrzyskach w Pjongczangu nie ma mowy o rehabilitacji za zawalony konkurs drużynowy w Soczi.

Związek „ma złe przeczucia”

Winę za wszystkie niepowodzenia kadry zrzuca się pod Triglavem na barki sternika tamtejszych skoków Gorana Janusa. Były skoczek, a potem „cudotwórca”, „geniusz” i „mistrz szkolenia” dziś balansuje na krawędzi zwolnienia z pracy.

Odkąd Janus w 2011 roku przejął posadę po Matjazie Zupanie, nie był jeszcze w tak trudnej sytuacji, a jego skoczkowie nigdy nie zaczęli zimy tak źle. Ostatnio naraził się opinii publicznej przed wylotem do Kuusamo, gdy obwieścił, że zamiast 17–letniego Timiego Zajca, w którym upatruje się wielkiego następcy mistrzów, zabierze ze sobą zbliżającego się do emerytury Jerneja Damjana. Wytłumaczył, że przed juniorem jeszcze sporo pracy i na pewno nie zaszkodzi, jeśli ten potrenuje w domu. Kibice odparli: ale dlaczego, jeżeli rok temu Domen Prevc jeździł na wszystkie zawody? Chyba Janus nie obraził się za wiślańską dyskwalifikację Zajca za nieprzepisowy kombinezon? Janus odpowiedział: – Wiatr na Rukatunturi nie sprzyja niedoświadczonym, a ja nie chcę robić z Timiego królika doświadczalnego.

Rozczarowany rezultatami i ogólną perspektywą poprawy Ljubo Jasnic – szef ds. skoków w Słoweńskim Związku Narciarskim – przyznał, że po powrocie z Polski nieszczególnie silił się na rozmowy ze sztabem szkoleniowym.

– Przyjdzie na nie czas, jak dalej będzie okazywało się, że kadra zmierza donikąd – powiedział działacz. To ten sam człowiek, który w lutym tego roku porównywał trenera skoczków do rzymskiego boga Janusa, wyrażając wiarę w jego przyszłe sukcesy. W listopadzie Janus–trener jest już eks–bogiem: – Jeśli nie będzie postępów w Kuusamo, w poniedziałek lub wtorek zaproszę Gorana na spotkanie do związku i poważne rozmowy. Nie możemy po prostu czekać na lepsze dni. Mam wiele pomysłów – możliwe są m.in. zmiany personalne wewnątrz zespołu – cytowały go słoweńskie media. Szanowany tam publicysta Siol.net Jaka Lopatic napisał w ubiegłym tygodniu: „Nasze orły nie są przyzwyczajone do pikowania. Zawsze w ekipie mieliśmy kogoś, kto zostawał u góry i trzymał ster”.

Deska ratunku ostatnio przeoczona

Okazało się, że w Kuusamo Damjan skakał najlepiej ze wszystkich. Wprawdzie w drużynówce jeszcze lepiej radził sobie najstarszy Prevc, to we czterech z Anze Semenicem i Anze Laniskiem zajęli tylko piąte miejsce. Niewiele zabrakło, by dali się wyprzedzić Polakom, którzy oddali o jeden skok mniej. Czyli to nadal pikowanie orłów.
Damjan w niedzielę zrobił Janusowi wielką przysługę i skupił na sobie całą uwagę, dając Słoweńcom płomyczek nadziei. Nagłówki w mediach mówią nie o 23. lokacie Prevca czy przyziemieniu na bulę Roberta Kranjca, a o chwilowym bohaterze, który wrócił z zaświatów i po trzech latach odniósł drugie zwycięstwo w PŚ w karierze. Błyskawicznie przypomniano jednak, że o jego wyborze do składu nie zdecydował wcale Janus, tylko opiekujący się kadrą B Igor Medved, który obserwował wewnętrzny sprawdzian na obiektach w Planicy. Domysły są takie, że pierwszy szkoleniowiec przed doborem nazwisk na Wisłę w ogóle nie zwrócił na niego uwagi.

Trener kumpel i nowe życie

W zasadzie powiedzenie, że Damjan jest w kadrze B, też byłoby nadużyciem. Jego trenerem od 2013 roku pozostaje w klubie Sam–Ihan dawny kolega ze skoczni Simon Podrebrsek. Są rówieśnikami, a poza skocznią przyjaciółmi:

– Stałem się dzięki niemu najlepszym Jernejem Damjanem od lat. Byłem rozczarowany swoją formą, więc przed Soczi spytałem Simona o pomoc i po prostu zaczęliśmy pracować – wspomina Damjan. – Powiedziałem mu, że ufam mu w stu procentach i co ma się stać, niech się stanie. Od tamtej pory, na moje szczęście, staje się dla mnie dobrze.

Zwycięstwo w niedzielnych zawodach w Kuusamo jest ósmym podium w karierze Damjana. Oprócz dwóch wygranych ma w dorobku trzy drugie i tyle samo trzecich miejsc. W sezonie 2013/14 zajął najwyższe w karierze, 13. miejsce w klasyfikacji Pucharu Świata. Teraz z Finlandii wróci jako jej wicelider. Jeśli zapytać go, który sukces uważa za najważniejszy, i tak odpowie, że narodziny córki.

Wisła, a potem Stadion Śląski? Niemożliwe nie istnieje

Nie w połowie, a na początku listopada w Polsce dało się już uprawiać narciarstwo. Ta sama firma, która wypluła ze swoich maszyn dwa tysiące metrów sześciennych śniegu do pokrycia skoczni w Wiśle, to samo na mniejszą skalę zrobiła w moje urodziny w Warszawie (ale nie w ramach prezentu). W 2014 roku w Soczi Finowie zrobili podobnie, kryjąc nim większość obiektów igrzysk olimpijskich. Podobnie pracowali swego czasu w Klingenthal. Pierwszy taki pomysł pamiętam z 2011 roku, gdy na grudniowe zawody na K125 w Harrachovie Czesi wydali miliony koron, a pogoda zaśmiała się im w twarz i na dobę przed skakaniem zaczęły się śnieżyce. To, co zrobił PZN we współpracy z Supersnow, to w zasadzie nic nowego. Tyle że wreszcie w naszym kraju.

Pamiętając podobne przypadki sztucznego naśnieżania wbrew naturze, nie bałem się, że Polakom się nie uda. Po raz kolejny potwierdziło się, że w kwestii organizacji imprez jesteśmy znakomici, a w przypadku tych irracjonalnie rozdmuchanych – niezrównani. Sternicy polskich nart doprowadzili do skutku projekt, na który nasza kadra zasługiwała od lat. Od dawna mieli przygotowany plan, którego i tak się nie trzymali, bo wszystkie punkty przygotowań odhaczali z wyprzedzeniem.

W czwartek na konferencji prasowej Apoloniusz Tajner powrócił do pomysłu organizacji skoków na stadionie – tym razem Śląskim w Chorzowie. Gdyby znalazł się inwestor (chodzi o bagatela 20 mln złotych), za dwa-trzy lata ok. 50 tysięcy ludzi zobaczy prolog Pucharu Świata na tymczasowej skoczni 90-metrowej. Byłaby to największa tego typu konstrukcja w historii i na pewno najdroższy PŚ, jaki kiedykolwiek przeprowadzono.

Dużo bardziej jednak podobał mi się pomysł prologu z wykorzystaniem skoczni w Szczyrku. W lawinie pomysłów prezesa odkopałem inicjatywę, by śladem slalomu giganta w Solden ściągnąć w październiku do Polski najlepszych skoczków, biegaczy i kombinatorów. Bez wątpienia byłby to tańszy, mniej spektakularny i bardziej wymagający projekt (potrzeba dodatkowego naśnieżenia tras na Kubalonce, a wcześniej – ich modernizacji), ale bliższy prawdziwemu narciarstwu. Podzielam zdanie Kamila Stocha, który zapytany kiedyś o taką imprezę stwierdził, że lepiej wymyślić coś innego. Nie znam przyczyn jego niechęci, ale moje są takie, że skoki od zawsze kojarzyły mi się z naturą. Że jak na nie jedziesz, to jest zimno, świeżo, rześko i dziko. Już wspomniane Soczi w niczym nie przypominało tej dzikości, bo zamiast naturalnej konstrukcji wzniesiono tam stalowe potworki, a naprzeciw ustawiono wieżowiec z kontenerów. Było jak w porcie towarowym, a nie w górach.

FIS ma dyscypliny idealnie nadające się do eksponowania w mieście – big air i aerials, które zresztą są w programie igrzysk. Są tak samo widowiskowe, a do ich przeprowadzenia i tak potrzebna jest ingerencja w teren. Do tego zajmują stosunkowo niewiele miejsca. Wolałbym jako kibic, żeby skoków już więcej nie udziwniano, ale gdyby faktycznie projekt doszedł do skutku – i tak będę dumny, że stało się to akurat w Polsce. Tak samo jak jestem teraz, że mimo ogólnopolskiego kręcenia nosem dali radę w Wiśle.

Nie można wskazać na Andrzeja W. i po prostu go skreślić

Jeden z najwyżej postawionych działaczy PZN Andrzej W. został oskarżony o zbrodnie komunistyczne przeciwko narodowi polskiemu i odpowie przed sądem. Ale nie wolno oceniać go jednoznacznie i zapomnieć o dokonaniach w narciarstwie. 

Młode pokolenie, do którego należę, dożyło czasów, w których sporo rozumie, ale nadal mało wie. Mało, bo urodziło się po „Solidarności” i obradach Okrągłego Stołu; nie strajkowało, nie stało w kolejkach po mięso, nie żyło w ustawicznej obawie o święty spokój. Nie musiało na nikogo donosić, nikogo sprzedawać, a potem patrzeć mu w oczy i udawać przyjaciela. Po zmianach w armii nie musiało iść nawet obowiązkowo do wojska. Wchodząc w dorosłość – o ile jako gówniarze nie kradliśmy torebek albo telefonów z lombardu – mamy czyste karty. Możemy sobie układać życie jak chcemy i o ile nie złamiemy prawa, nikt za dwadzieścia-trzydzieści lat nie powinien nam niczego wypomnieć.

I teraz jako dorośli ludzie dowiadujemy się, że nie zawsze tak było.

Polacy z półtora pokolenia wyżej, tzn. ludzie w wieku 55-60 lat i więcej, musieli i muszą się z tym wszystkim mierzyć. Fobia wobec towarzyszy, kapusiów i komunistycznych gnid jest dzisiaj tak duża, że – opowiadała mi to mama – z pracy w instytucjach państwowych usuwa się teraz prawie wszystkich „naznaczonych” komunizmem. Młode pokolenie widzi, że trwają czystki – lustracje, teczki, IPN i wskazywanie palcem. Usuwanie, a raczej plewienie, bo przecież chodzi o chwasty. Gorzej, że w jednym szeregu z wybitnymi zdrajcami społeczeństwa stawia się ponoć nawet portierów, kierowców albo naukowców, którzy przed 1989 rokiem pobierali „czerwone pieniądze”.

Jeżeli oskarżenia prokuratury wobec W. potwierdzi wyrok sądowy, trudno będzie sklasyfikować go jako pokrzywdzonego przez opinię publiczną, bo okazałoby się, że to on krzywdził innych. I to wyjątkowo bezczelnie. Tylko że w sprawie rozliczania go za przykrą przeszłość jest drugie dno. Były szef komitetu organizacyjnego Pucharu Świata w skokach narciarskich w Wiśle w nowych czasach zajął się pracą na rzecz sportu. Jako pracownik związku narciarskiego był przy przy budowie nowej skoczni w Malince, a potem poświęcił się jej rozwojowi. Na swoim stanowisku był barwny, ale nie można mu odmówić gigantycznego wkładu w rozwój tej dyscypliny w naszym kraju. Unikając podziału procentowego, kto i jak dużo zrobił dla ściągnięcia w Beskidy inauguracji PŚ w sezonie olimpijskim, w ciemno zakładam, że W. był w tym rankingu jednym z liderów. Jego rezygnacja w tym momencie to dla środowiska strata.

Od 2013 roku, bo wtedy Puchar Świata zagościł tam po raz pierwszy, przeszła długą drogę. Były żółte kartki od FIS, ostrzeżenia i sugestie zmian. Wszystkich dokonywano błyskawicznie. Impreza rozwinęła się do tego stopnia, że najwyżej postawieni ludzie w międzynarodowej federacji mówią dziś, że gdyby skocznia mogła pomieścić normalną liczbę kibiców, nie zostając zgwałcona fatalnym projektem trybun (to akurat moja opinia), pod każdym względem prześcignęłaby tę w Zakopanem. AW żył nartami. Gdy się do niego dzwoniło, opowiadał tak ciekawie, że z pobocznych wątków rozmów można by napisać kilka kolejnych tekstów. W ostatnich miesiącach prawie zamieszkał na skoczni, żeby w dniach 17-19 listopada opinia publiczna mogła o zawodach powiedzieć: „brawo, daliście radę”.

Dlatego jeżeli ktoś chce teraz na niego pokazywać palcem i wyzywać od najgorszych (warto z tym jednak poczekać na rozwój wydarzeń), niech przynajmniej podzieli jego życiorys na ten z PRL i ten z czasów pracy dla polskiego sportu. Bo mocno ze sobą kontrastują.