Archiwa kategorii: wpisy

Widzę Londyn #7: Media Race

20795206_1599060860133477_1520592348_o - Kopia

Kończy się krótka rozmowa spikera z facetem, który wygrał poprzednią serię biegu. Teraz ja. Po czterdziestominutowej, porządnej jak na obecny stan organizmu rozgrzewce została chwila na ostatnie klepnięcie w uda, skip i skłon głowy do kolan. Dalej umiem dotknąć dłońmi tartanu, co w szkole było warunkiem na piątkę. Czyli nieźle.

- Heat number twelve, final call, final call – krzyczy sędzia. Zaczyna się prezentacja. Ktoś z boku motywuje po polsku, że będzie nieźle, ale stojąc na trzecim torze, gapię się na telebimim, który zaraz pokaże, jak będę wyglądał w przekazie telewizyjnym do ponad stu państw świata. Wyświetla się nazwisko, numer, flaga; zaraz potem strzela starter.

Oczywiście tym razem nie ma przekazu do żadnego państwa świata. To bieg na 800 metrów na stadionie olimpijskim w Londynie (tym samym, który pięć lat temu widział na tym dystansie rekord świata Davida Rudishy), ale dla dziennikarzy. Pierwszy łuk w 18 sekund. Za ostrożnie. Koło w 78, przed ostatnią prostą czas już znacznie przekracza 120, za to utrzymuję tempo i atakuję z dalszego miejsca, mijając wyrywnego kolegę w bordowej koszulce. Czas na finiszu – 2:33,55. Kenijczyk, który przez samo pochodzenie budził respekt na liście zgłoszeń, został daleko i chyba wcale nie dobiegł do mety. Czuję się super – dziura w płucach, gile w nosie i beton w mięśniach, które wieczorem siódmy dzień z rzędu zmuszą do wbiegania i zbiegania po schodach stadionu. Trwa szybkie odejmowanie, z którego wynika, że gdyby stanąć tu w 2012 roku w jednej linii z Rudishą, miałby nade mną 53,36 sekundy zapasu. Kilkanaście więcej i przez zdublowanie rekordowy finisz obejrzałbym z bliska.

- Such a cool event to see what they see, huh? – zaczepia jakiś uśmiechnięty Azjata, prowokując kilkanaście minut rozmowy o sporcie. Siedzimy oparci o murek i wyobrażamy sobie, jak by to było, gdyby wejść tu wieczorem, gdyby na taki bieg patrzyło 60 tysięcy ludzi, a przekaz faktycznie trafiał dalej niż na telebim. Wzrok jeździ po stadionie. Pauza, po tym ciągnie: – Do dziennikarstwa sportowego nie trafia się z sali do chemii. Jak byliśmy mali, każdy chciał biegać, skakać, albo robić cokolwiek, żeby być legendarnym. I podkładał kolegom nogi, jak chcieli cię wyprzedzić. Dziennikarstwo to taki zamiennik. Fajne, ale jak robisz zdjęcia albo opisujesz sportowców, nigdy w głowie nie przestaniesz widzieć między nimi siebie – rozmarzył się, prawdopodobnie mrużąc oczy.

Azjata zmusił do wspomnień. Pierwsze? Rok 2009 i OOM w Krakowie, gdzie skakałem w eliminacjach skoku o tyczce i zatrzymałem się na 3,60 m. W finale, który oglądałem z trybun, Piotrek Lisek wywalczył brąz. Obaj wyrównaliśmy życiówki, ale on na 4,40.

Wkrótce potem wiedziałem już, że jeśli mam pojechać na jakieś mistrzostwa, to na pewno nie w roli sportowca. Osiem lat później spotykamy się w tym samym miejscu, ale w mix zonie po dwóch stronach barierki. Azjata ma rację, że to zamiennik, bo wystarczy popytać po trybunie prasowej, a okaże się, że prawie każdy coś biegał, czymś rzucał, przez coś skakał albo w coś grał. Mimo to – niezależnie od miejsca przy barierce – dalej coś dla tego sportu robimy. Lepiej albo gorzej, ale robimy.

Widzę Londyn #6: Dopiero naprawdę

londyn

Jak codziennie w godzinach szczytu wąskimi, wykafelkowanymi na biało korytarzami londyńskiego metra przechodzą pod miastem setki tysięcy podróżnych. Mają aktówki, popołudniowe gazety, a w środę dodatkowo atrybuty deszczowe – plastikowe peleryny (turyści) i dorodne, modnie wykończone parasole (miejscowi). Lało jak z cebra. Odważni, a po głębszym wdechu każdy musiał takim być, urywali się spod chroniących suche nitki dachów. Pędzili w swoje strony, zazwyczaj wbici wzrokiem w ziemię wobec przyzwyczajenia do tego, co właśnie obok mijają. Tylko miejscowi, bo turystów Londyn nawet w taką pogodę wchłania i wyciąga na spacer.

Od hotelu przy stacji St. Paul’s, gdzie mieszkają polscy lekkoatleci, wystarczy przejść przez jedną uliczkę, by znaleźć się przy słynnej i widocznej z ich okien katedrze. Od jej drzwi deptak prowadzi na Kładkę Tysiąclecia, a tuż za Tamizą w monumentalnym budynku centrum sztuki współczesnej Tate Modern pochowane są rzeźby Giacomettiego, obrazy Marka Rothki i szkice Picassa. Według map Google’a od drzwi do drzwi jest dokładnie 0,4 mili, czyli 644 metry. Kilkanaście więcej, jeśli zamiast Tate za cel obierze się szekspirowski teatr The Globe.

A zaraz za rogiem jest przecież market Flat Iron z najlepszym na świecie ramenem i wszystko w promieniu kilometra!

Piątego dnia mistrzostw, mieszkając na zachodnim Northolt, skąd na stadion w Stratford prowadzi jedna nitka central line, po raz pierwszy naprawdę zobaczyłem Londyn. I uważam, że i tak miałem szczęście, bo sportowcy, w tym oszczędzający się przed startami co najwyżej w hotelowym lobby biało-czerwoni, zobaczą go tylko z okiem pokoi albo autokarów odwożących ich codziennie na obiekt. Mało kto zostaje na dłużej, gdy już zrobi swoje. Anita Włodarczyk zobaczyła więcej, bo po medalu fotografowie wyciągnęli ją na sesję w czerwonej budce. Dzisiaj tak samo pozował Piotr Lisek.

- Na takich wyjazdach brakuje czasu na zwiedzanie. Wolne chwile poświęca się głównie na sen, czasem sięgamy po książki czy filmy. Fajnie, że nas tutaj zabraliście – mówił tyczkarz w marcu, gdy po dublecie jego i Pawła Wojciechowskiego dziennikarze namówili ich na spacer po Belgradzie. – Już tak mam, że dopóki nie wystartuję, to trudno mi się zająć czymś innym. Dlatego przez większość pobytu nie miałam czasu i okazji na poznawanie innych sportowców, czy zwiedzanie miasta. Mało nawet wychodziłam poza wioskę – mówiła rok temu w Rio Joanna Jóźwik. Maja Włoszczowska dodawała: – Nawet w luźny od treningu dzień raczej będę leżała z nogami do góry i odpoczywała, ale za to będę miała z pewnością wiele innych wrażeń w trakcie i po wyścigu, chociażby ceremonię medalową. – Nawet koszulki nie miałam kiedy kupić, a jestem tu pierwszy raz – to już ostatnia wypowiedź Malwiny Kopron.

Jeżdżą po świecie, kolekcjonują hotele i pieczątki w paszporcie. Ale teraz liczą się tylko medale, wyniki i miejsca, żeby za zarobione dzięki nim pieniądze kiedyś móc te miejsca odwiedzić raz jeszcze. I dokupić brakującą koszulkę.

Widzę Londyn #5: Srebro jak złoto

Wszystko, co wczoraj napisałem o rozczarowującym odczuwaniu polskiego mistrzostwa świata, straciło znaczenie. Dzisiejsze popisy Adama Kszczota polska część trybuny prasowej oglądała na stojąco, tym pilniej, gdy po sześciuset metrach Polak dał się zamknąć przy wewnętrznej. Tracił do lidera prawie dziesięć metrów i wszyscy machnęli ręką, twierdząc, że nic nie zrobi. Gdy patrzący na to Piotr Lisek w pokerowej zagrywce przeskoczył 5,89 metra i dał sobie przepustkę do poczekalni do tego, co zrobi wylazły z szafy anonimowości Chińczyk, wyszedłem z krzesełka w górę tak, że po drodze potrąciłem ekran podglądu wyników.

Zdurniałem, czy w ogóle mi na „prasówce” wypada. Bo co do radości ze strąceń Changrui Xue nie mam żadnych wątpliwości, że nie powinienem.

Sam Kendricks i Renaud Lavillenie kradli show po swojemu. Wtedy już – gdy było pewne, z czym my skończymy dzień – druga część naszego show toczyła się przed komputerami gotującymi się od edycji tekstów. Emocje sportowe na chwilę zamieniły się w odgłosy klików i pościg za tym, żeby redaktorzy z Warszawy wreszcie przestali obgryzać paznokcie z niepokoju. Montowanie relacji „na wczoraj”, goniące dedlajny i równoległe pisanie sprawozdań na wypadek, że się uda, i że nie, nadają się w tych mistrzostwach na osobną historię. A gdyby połączyć ją z rozpaczliwym story o dłubaniu przy brytyjskich gniazdkach elektrycznych, które bez scyzoryka za cholerę nie chcą zakochać się w bolcach kontynentalnych, wyjdzie z tego opowieść doskonała. Zdążyć ze wszystkim, dogonić informację, zbiec 30 metrów po schodach do strefy rozmów, a potem napisać, wysłać, nie dać przy tym plamy, a w międzyczasie odebrać telefon i zapewnić, że wszystko jest pod kontrolą – wtorek w Stratford to dla wszystkich było kolejne po wyniku Anity Włodarczyk mistrzostwo świata.