Innsbruck będzie smutny

Austriacy bez formy, bilety na Bergisel zalegają w kasach – tak wygląda krajobraz przed konkursem w Innsbrucku.

Tylko przez kilka godzin niebo nad Innsbruckiem nie było zupełnie szare, niestety w dniu, w którym w 66. Turnieju Czterech Skoczni zaplanowano dzień przerwy. Wczoraj na skoczni, która zwykle pulsuje życiem i kolorami, było cicho, smutno i ponuro. Nie tylko przez ulewę, mgłę i wiatr.

Porównanie trzech dotychczasowych miast, które odwiedziła dotychczas turniejowa karawana skoczków, jest porażające. Z jednej strony oszalali na punkcie świetnie spisującej się kadry Wernera Schustera Niemcy i dzikie tłumy w Oberstdorfie i Garmisch–Partenkirchen, z drugiej – problemy ze sprzedażą biletów w Innsbrucku. Skoczkowie zawsze powtarzali, że kocioł, jaki tworzy się tutaj w niecce trybun, potrafi zmiękczyć nogi i jeśli mieliby to z czymś porównać, to wyłącznie z atmosferą na Wielkiej Krokwi w Zakopanem. A teraz? Mimo że pod Bergisel może pomieścić się ponad 20 tysięcy osób, organizatorzy nadal mają w ofercie ćwierć przygotowanej puli biletów.

Nic dziwnego, że Austriakom nie spieszy się na 66. edycję turnieju. Tutaj cały czas pamięta się, jak mistrzowie trenera Alexandra Pointnera wyskakiwali z jego kapelusza i jeden po drugim dominowali w tym prestiżowym cyklu. Jak nie wygrywał Gregor Schlierenzauer, robił to Wolfgang Loitzl. Jak nie Andreas Kofler, to pojawił się Thomas Diethart, a później Stefan Kraft.

– Kraft to najlepszy przykład, jak wiele i szybko może się zmienić w skokach narciarskich. Czasami z dnia na dzień możesz stracić czucie i z walczącego o zwycięstwa, walczysz o przetrwanie – komentował trener Stefan Horngacher po tym, jak podwójny mistrz świata z Lahti nie awansował do drugiej serii w Ga–Pa. Pointner, który od początku sezonu z wyjątkową ochotą wbija szpilki prowadzącemu Austrię Heinzowi Kuttinowi, zarzucił swojemu następcy, że kompletnie nie panuje nad szkoleniem zawodników. – Nie widać wcale ducha drużyny, a skoczkowie wyglądają na zamulonych i przetrenowanych – atakował kadrę. Trudno uwierzyć, że zaledwie cztery lata temu to Kuttin w trakcie igrzysk w Soczi musiał sprzątać po pogrążonym w kryzysie Pointnerze.

– Szkoda mi ich, bo jak dobrze skaczą i o coś walczą, to druga część turnieju jest niesamowita. Przyzwyczailiśmy się już do tego, ale tym razem w Bischofshofen też nie spodziewam się wielkiego święta, skoro tam się wszystko kończy – mówi Maciej Kot. Wyniki Austriaków w klasyfikacji TCS są fatalne. Kraft, który miał walczyć o drugie w karierze zwycięstwo, jest 27. i traci do Kamila Stocha aż 182,9 punktu. Manuel Fettner – jeszcze przed tygodniem typowany do miana czarnego konia imprezy – wyjechał z Niemiec na 42. pozycji. Młody talent Daniel Huber, szósty w PŚ w Wiśle, oddał tylko jeden konkursowy skok. Najwyżej – ku zadowoleniu darzącego go wielkim szacunkiem Kota – jest Schlierenzauer, który ledwo pozbierał się po trzeciej kontuzji kolana. Ale to tylko 15. miejsce.

– Gregor jest jak Noriaki Kasai. Pełni funkcję ozdoby dyscypliny, niezależnie od tego, jak sobie poradzi. Dlatego liczę, że jeszcze wróci na szczyt, bo wtedy będzie jeszcze większą ozdobą – podkreśla Kot i zauważa, że Tyrolczyk będzie występował przed własną publicznością. Tyle tylko, że gdy skakał na Bergisel po raz ostatni, zajął 33. miejsce, po którym w dniu urodzin napisał na blogu: „nie mam już odpowiedzi” i rzucił nartami w kąt. Jego powrót na domową skocznię jest wielką zagadką.

My też przeżywaliśmy w tym miejscu wielkie emocje. Legendarny komentator Eurosportu David Goldstrom przypomina dwa takie konkursy – początek dominacji Adama Małysza z 2001 roku i upadek Stocha z ubiegłego sezonu. – Do teraz nie wiem, jak on to zrobił, że po takim czymś na rozgrzewkę udało mu się zająć czwarte miejsce. Byłem pewny, że wywrotka oznacza koniec jego szans w turnieju – opowiadał nam. Mimo że był to rok temu jego jedyny konkurs, w którym nie stanął na podium, pod skocznią jego determinację odebrano jak zwycięstwo.

Teraz Stoch ponownie przyjeżdża tu jako lider, ale w zupełnie innej sytuacji niż przed rokiem. W 66 edycjach imprezy dopiero 19. raz zdarza się, że jeden zawodnik wygrał dwa pierwsze konkursy. Tylko sześciokrotnie nie wygrali potem całej imprezy. Pięciu z tego grona poległo właśnie na „francowatej” i kapryśnej Bergisel.

– Oby tam wygrał, bo wtedy znów czeka nas najazd polskich kibiców – ma nadzieję szef komitetu organizacyjnego finału w Bischofshofen Hannes Pichler. Dawid Kubacki dodaje: – Jak Polacy będą dobrze skakać, to też będzie fajnie, a nawet dużo fajniej niż jak robili to Austriacy. Od początku zimy na każdej skoczni słychać naszych kibiców i nie mam nic przeciwko, by znowu przekrzyczeli gospodarzy – stwierdził.

Początek konkursu na Bergisel dziś o 14.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>