Jak medal przekuli w przyszłość [REPORTAŻ]

mrocza-ciężary

Odrapana ruina, w której sztangiści Tarpana przerzucali dziesiątki ton, bardziej straszy niż zachęca do wejścia. Ale odkąd Adrian Zieliński wrócił z Londynu ze złotem, Mrocza wiedziała jak z chałupnictwa przerzucić się na salony.

Tekst napisany dla Przeglądu Sportowego.

- Nie pamiętam, żebym wcześniej w Mroczy widział naraz tyle osób. Jak nas tu niecałe pięć tysięcy mieszka, to pod scenę do rynku przyszła połowa. Albo więcej! Było nawet głośniej niż jak z olimpiady wracał, bo pierwszy raz – wspomina pan Józef, który na ławeczce przed halą spokojnie czeka na początek zawodów. – Teraz baby dźwigają, mnie to średnio interesuje. Ja tutaj – mówi otwarcie – przyszedłem zobaczyć Adriana.

Przyjechał nawet minister

Podbydgoska Mrocza w 2010 roku oszalała po raz pierwszy, gdy w Antalyi złoto mistrzostw świata wyszarpał starszy z braci Zielińskich. W urzędzie szybko sprawdzili, że miasto takiego sukcesu nie miało nigdy wcześniej. Bo jak to – tutaj? Fiestę przygotowano błyskawicznie. Strażacy rozstawili scenę, podziękowania nucili z niej wszyscy ważni w regionie. Obecni na fieście dziennikarze relacjonowali, że zanim 21-letni wtedy Adrian w ogóle dostał się do mikrofonu, przebijając się przez tłum, wymienił dziesiątki „piątek” i uścisków.

Tamtym sukcesem Adrian otworzył sobie drzwi. Wszedł do programu Londyn 2012, z którego pieniądze umożliwiły kompleksowy trening. W klubie już wtedy przeczuwali, że jeśli ze zdrowiem będzie wszystko w porządku, po Anglii fetę powitalną trzeba będzie robić ponownie.

385 kg, złoto.

- To było święto. Nie zapomnę rozstawionego na stadionie telebimu, tamtej transmisji i radości – wspomina burmistrz Leszek Klesiński. Mroczanom puszczały emocje, w oczach pojawiły się łzy radości. Najpierw tuż po sukcesie, a później, gdy bracia (Tomasz w kategorii do 94 kg zajął w Londynie 9. miejsce) prosto z Okęcia w eskorcie dziesiątek motocykli niebieską limuzyną przyjechali do domu. Z szampanem czekał na nich szef MSZ Radosław Sikorski. Jednak ani Londyn, ani Antalya nie były wcale początkiem mroteckiej sztangi.

Dźwigali w rękawiczkach

- Prezesem klubu Tarpan jestem od trzydziestu dwóch lat. Na początku była tylko piłka nożna, później doszło strzelanie, tenis, brydż. Pierwsza sztanga, pożyczona przez trenera Dueskaua z Więcborka przyjechała tu w 1997 roku. Mój kolega Dominik Mikołajczyk sprowadzał dzieciaki, a ja pytałem: co to będzie? Ten ze spokojem: mistrzowie. No i kto by pomyślał, że po piętnastu latach aż tacy – delektuje się Henryk Szynal i wymienia miejsca, w których przerzucano pierwsze kilogramy.

Szynal: Nie miałem pojęcia, czego się podjęliśmy, ale robiłem wszystko, żeby stworzyć warunki do treningu. Najpierw salkę zrobiliśmy sobie w Gminnej Spółdzielni. Potem – gdy pod sztangą zapadła się podłoga – wydzierżawiliśmy piwnicę. Tylko że tam co rzut podskakiwały talerze i szklanki, więc musieliśmy się wynieść do hydroforni. Jak przyszedł mróz, nosiło się czapkę i rękawiczki, bo pomieszczenie nie miało ogrzewania. O, widać ją. To tam.

„Adrian? Bohater”

Przed rozpoczęciem mistrzostw Polski; mówi pan Józef: Minęło już trochę czasu, to nie jest tak, że Zielińskimi w mieście wszyscy żyją. Owszem – każdy coś wie, kojarzy, pamięta tłumy w centrum. Co ja słyszałem? Że zaczęli ćwiczyć za dzieciaka z nudów, a potem starszy miał już prawie kończyć. Dobrze, że wytrzymał. W kraju o nas chociaż usłyszeli, bo tak to tutaj cisza, spokój. Teraz przynajmniej telewizja przyjechała. W sumie mógłbym w domu obejrzeć, ale chciałem osobiście.

Między wierszami pojawia się żal, że zamiast zostać w Tarpanie, bracia przeszli do Zawiszy Bydgoszcz. – Myślałem, że będzie buczenie, ale publiczność przyjęła mnie bardzo ciepło. Wszystko ma swój początek i koniec, coś dla tego klubu zrobiłem – stwierdził Adrian już po występie przed własną publicznością. Przy ostatniej próbie w podrzucie ludzie stali jak gdyby to już było Rio. Prezes Szynal: Przecież on cały czas tu mieszka, a klub zmienił, żeby dostać się do wojska. Tylko o to chodzi. Ludzie, nawet jak coś myślą, pamiętają ile dla nas zrobił. Za te sukcesy w barwach klubu wszystko byśmy mu wybaczyli.

Mrocza się liczy

Największą z zasług Adriana 1 lipca – podobnie jak w 2010 i 2012 – przywitał tłum. Skromniejszy niż po medalach, nie tak entuzjastyczny, lecz dopiero czekający na wielki wynik, a nie smakujący go. Po dwudziestu latach tułaczki sekcja ciężarowców doczekała się nowoczesnej hali. Otwarcie uświetniło kierownictwo związku, na pomoście o krajowe tytuły dźwigali przyszli olimpijczycy. Środowisko było pod wrażeniem. Dominowała opinia, że tak dobrej siłowni nie mają nigdzie w Polsce.

Pomysł przekucia sukcesu Zielińskiego w infrastrukturę padł w 2011 roku. Na zawodach w Płońsku ówczesny wiceminister sportu powiedział wprost, że Mrocza będzie miała porządny obiekt, jeśli Adrian w Londynie zdobędzie medal.

- Tarpan zasługiwał na te warunki, bo ciężary stały się miejską dumą. To krok do przodu dla całej polskiej sztangi. Jeżeli chodzi o możliwości treningu i organizacji poważnych imprez, to klasa europejska. Nie mam wątpliwości, że przy wytężonej pracy z tego budynku wyjdą w następnych latach kolejne gwiazdy sportu – uważa burmistrz Klesiński, podkreślając, że z kompleksem za prawie 10 mln złotych i trzydziestką trenujących miasto jest w ścisłej czołówce tej dyscypliny.

Już wygrali

Wszystko wskazuje na to, że medale Adriana były dopiero początkiem mroteckiej kolekcji złota. Prezes Szynal w 2012 roku otrzymał w MSiT odznakę ,,Za zasługi dla sportu”, a kilka miesięcy temu Tomasz w norweskim Førde został mistrzem Europy. I chociaż oficjalnie liczone już na konto Zawiszy, zwycięstwa braci na otwarcie tutejszej hali także zostaną zapamiętane. Bo to chłopaki stąd, bo ich droga stała się inspiracją dla następnych. Nieważne czy na stu uda się wybić jednemu, czy pięciorgu – każdy nowy dzieciak na mroteckim pomoście to po trosze zasługa Zielińskich.

Cztery lata temu na fecie po powrocie z Londynu czempion obiecał Mroczy kolejny krążek. Z Rio. Działacze zarzekają się, że scenariusza ewentualnego powitania jeszcze nie mają, bo wyniku w sporcie przewidzieć się nie da. Do Brazylii Adrian odleci jako faworyt. Bez znaczenia jak wróci, dla miasta już coś wygrał. Przyszłość, zaplecze i szansę. Na lata.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>