Jak zabili skoki narciarskie

wellinger_upadek

fot. Matthias Schrader

„A kiedyś prosty sport: góra, narty i facet w szaliku” – ćwierknął o skokach narciarskich Kacper Ginter. Napisał o sporcie skażonym. Dyscyplinie, którą kochać dziś coraz trudniej.

Czasy latania w bawełnianym dresie i czapce z pomponem to prehistoria, ale tamte skoki miały w sobie coś w narciarstwie najpiękniejszego – prostotę. Tak jak w zjazdach od zawsze liczy się czas przejazdu, to na skoczniach wygrywali ci, którzy lądowali najdalej i najpiękniej. Do czasu.

Liczą niepoliczalne

Skokowi konserwatyści dobrze pamiętają pierwszy konkurs Letniego Grand Prix 2009 w Hinterzarten, podczas którego rozpoczęły się testy nowego systemu punktacji. Tego, który po drobnych zmianach obowiązuje do dziś.

- Nie jest możliwe opisanie formułą warunków zewnętrznych. Widzowie nie zrozumieją nowych zasad, może być bowiem tak, że zawodnik, który skoczy najdalej nie wygra konkursu. Nie zgadzam się z tym. Zwycięzcą powinien być ten, kto robi największe show, kto lata najdalej – cytował wtedy Gregora Schlierenzauera serwis Skijumping.pl. Austriak mówił to w czasie, gdy sam był mistrzem emocji. Tym, który w próbie przedolimpijskiej w Whistler z pomocą wiatru pod narty wylądował niemożliwe 149 metrów. Nie wiadomo czy po takim samym, ale nieustanym locie Larinto jury nie obniżyłoby belki o trzy stopnie. Byłoby po show. Tak jak często w ostatnich latach.

O ile możliwość zmiany długości najazdu jest przydatna i wydaje się sprawiedliwa, to w przypadku wiatru można nam wmówić wszystko – i tak uwierzymy, bo nie mamy wyjścia, żadnego empirycznego dowodu na to, że faktycznie jest tak jak wyświetla tablica wyników. Możesz co najwyżej oglądać tańczące wstążeczki, tylko że wtedy trudno skupić się na lecącym zawodniku. Stoisz na mrozie i nie wiesz dlaczego temu odjęli, tamtemu dodali, a ten, co to skoczył najdalej, to dopiero siódmy.

Przepisy są po to, żeby je łamać

Kadry stale szukają rozwiązań sprzętowych, które dadzą ich skoczkom przewagę nad rywalami. W sztabach na stałe pracują specjaliści, a ostatnio przodują w tym Andreasowie: dla Austrii kombinuje Widhoelzl, dla Norwegii – Vilberg. Ten drugi na wygrany przez Petera Prevca TCS zabrał dwa busy materiałów i czerwone od pracy maszyny do szycia. To co, że wikingowie dyskwalifikowani są najczęściej? Bez odpowiedzi zostanie pytanie, ile razy udało im się przemknąć.

Bo przemykanie to od lata 2015/16 klucz do sukcesu. Już wcześniej oberwało się Andersowi Jacobsenowi za to, że tuż przed próbą swój kombinezon naciągał na rzepy. Wątpliwości wzbudzał też energicznie cieszący się Michael Neumayer. To był zmierzch czasów, gdy jak ktoś wymyślił coś pokroju kroków Liegla czy wiązań Ammanna, bardziej wzbudzał zazdrość niż obrzydzenie.

- Pamiętam swój pierwszy skok w kombinezonie z obniżonym krokiem. Czułem, jakby ktoś złapał mnie w locie za tyłek i podnosił do góry – wspominał doświadczenie z mamuta Kulm Adam Małysz. Zanim Polacy i reszta mniejszych reprezentacji dostała swoje zamówienie, Austriacy w sezonie 2002/03 zdążyli odskoczyć o trzy poziomy. Wkrótce potem hip-hopowych uniformów zabroniono. Agnieszka Baczkowska (odpowiednik Seppa Gratzera w PŚ kobiet) przyznaje wprost, że w skokach zapobieganie nie istnieje.

Problem w tym, że liczne regulacje w ostatnich latach doprowadziły do absurdu, w którym bez łamania przepisów nie da się wygrać konkursu. Gorliwi biało-czerwoni chcąc być fair przegrali tym razem w przedbiegach. Trener Włochów Walter Cogoli o machlojkach „wielkich” mówi zwykle zdenerwowany. Bo to niemożliwe, żeby oszustw Freunda i naciągnięć Prevca jury nie dostrzegało. – Oni tego po prostu nie chcą widzieć – żalił się na FIS szkoleniowiec i pokazywał zdjęcia, na których sprzętowe kłamstewka widać jak na dłoni.

Noty za wrażenia

- Ale tak krótki skok rzecz jasna nie może być wyżej oceniony – powtarza na antenie Eurosportu Jakub Pieczatowski. Komentator stacji zaakceptował idiotyczny trend, w którym noty wystawia się nie za styl skoku narciarskiego, ale za to, jakie zrobił wrażenie. Lecisz nawet nieźle, lądujesz telemarkiem w okolicach HS? To dostaniesz co najmniej 18 punktów. Jeśli masz duże nazwisko to zakręcisz się gdzieś między 18,5, a może i 20. To reguła. Ta sama reguła każe za skoki krótsze nie przyznawać więcej niż 18.

A przecież w podręcznikach FIS dla sędziów nie ma nic o odległości. Nawet klepnięcie w bulę (na przykład spowodowane niekorzystnym wiatrem, którego winy i tak nie zrekompensuje bonifikata punktowa) – jeśli idealne stylowo – zasługuje na dwudziestki. Ale nikt ich nie przyzna, wyłamać się nie wolno. Bo jak werdykty Petroniusza będą wykreślane zbyt często, szybko następnej fuchy nie dostanie.

Rozczarowuje więc, że od lat nikt nie rozlicza sędziów z rażącej ślepoty. Nawet skok supergwiazdy, jeśli prawie zakończony podpórką, nie ma prawa dostać wysokiej noty. Tak jak Schlierenzauera z Titisee-Neustadt w lutym 2015 roku, gdy walcząc o równowagę dostał od Czecha i Polaka 18,5 oczka. Można wkleić zdjęcie na dowód. Ale takich przykładów jest tuzin w każdym konkursie.

Odległościowe chybił-trafił

Trwał kabaret w Kuusamo, między jednym huraganem a drugim udało się skoczyć Klemensowi Murańce. Powtórki wyraźnie pokazały, że Polak wylądował za czerwoną linią punktu K, tymczasem na tablicy wyników wyświetliło się ledwie 118,5 metra. Skąd ten błąd? Dlaczego Severin Freund, chociaż w ostatnim skoku w Bischofschofen przyziemił pół metra przed rozmiarem skoczni (na Paul-Ausserleitners-Schanze to 140 metrów), wg systemu przeleciał metrów 141? Stało się tak, bo żaden system nie istnieje.

Chociaż za pomocą zegarka człowiek łączy się z mailem, chociaż pół wieku temu wylądował na księżycu i bardzo chce na Marsa, to w skokach narciarskich o zmierzonej odległości nadal decyduje facet w budce. Nawet konserwatywny futbol zgodził się na goal-line, a tenis bez hawk eye jest muzeum ery analogowej. Skokom wystarczy kilka kamer z naniesionymi na obraz liniami. Po 7 sekundach wynik powinien być już w komputerze.

Tempo pracy i pomyłki to po trosze wina telewizji, która w każdej dyscyplinie jak może próbuje skracać czas transmisji. Od tego odwrotu nie ma, więc dlaczego zabawy jeszcze nie przyspieszyć? Dzięki fotokomórkom trwałoby to sekundę. Lądowanie, sygnał, informacja. Wszystko. Czy metoda na faceta w budce to ukłon w stronę tradycji? Nie. Ostatnie tradycje w skokach to narty i obowiązkowy śnieg na zeskoku.

8 przemyśleń nt. „Jak zabili skoki narciarskie

  1. „A przecież w podręcznikach FIS dla sędziów nie ma nic o odległości. Nawet klepnięcie w bulę (na przykład spowodowane niekorzystnym wiatrem, którego winy i tak nie zrekompensuje bonifikata punktowa) – jeśli idealne stylowo – zasługuje na dwudziestki.” – bullshit. W skoku oceniane jest nie tylko lądowanie. Przykładowo, cytując oficjalne dokumenty FIS (http://www.fis-ski.com/mm/Document/documentlibrary/Skijumping/03/19/96/ICRSkiJumping2013_English.pdf):

    The Flight
    Jumpers must raise their flight trajectory by moving as follows:
     making a bold and aggressive move at takeoff
     proceeding rapidly and smoothly to achieve an optimal flight position
     and initiating preparations for landing at the right moment.
    Judging criteria’s
     Actively utilisation of the air pressure
     Combination of body and ski to build an entire flying system
     Getting into a optimal and stable body position with left and right sides
    symmetrically positioned skis, legs and arms.
     The legs have to be fully stretched
    Point deductions:
     Maximum point deduction for the entire group of faults 5.0 pts

    Skoczek lądujący na buli absolutnie nie osiągnie optymalnej pozycji do lotu, nie rozpoczyna lądowania we właściwym momencie, nie tworzy systemu lotniczego za pomocą ciała i nart, a i wybicie rzadko kiedy jest właściwe. Innymi słowy, nawet jeśli skoczek wyląduje na buli idealnym telemarkiem, nie ma prawa dostać więcej niż 15-16 pkt, cbdu. Dziękuję za uwagę.

  2. Min. Dlatego przestałem już pare lat temu oglądać skoki, a wcześniej śledziłem każdy konkurs od czasów gdy byłem dzieckiem. Niestety obecnie nie patrzy się na skok, na to kto skoczy dalej, to tylko dodatek, bo ogląda się noty i dodatki za wiatr czy bramkę, to one są najważniejsze. Po co więc w ogóle skakać? Można od razu zmierzyć kto ma jaki wiatr i z której bramki „skacze” i podać wyniki. Do skoków już nie wrócę.

  3. Świetny artykuł ja sądzę tak samo.Dla nich ważne są pieniądze a nie zasady faryplay i widowisko. Chciałbym żeby kiedyś wróciły czasy kiedy odległości były najważniejsze.

    1. ja też bym chciała, żeby w skokach liczyła się odległość
      Dziwne są te noty.
      Czasami mam wrażenie, że dają sędziom zbyt duże pole do dowolnego oceniania.
      Odległość to jedyna miara, która jest najbardziej obiektywna.

      Bardzo ciekawy wpis i dużo informacji.
      Widać, że pisze pasjonat.
      :)

      Pozdrawiam
      może się przyda – gdy podróżuję korzystam z chyba najwiekszej darmowej wyszukiwarki tanich noclegów – 5 milionów ofert w jednym miejscu :)
      http://www.cowartozobaczyc.pl/tani-hotel-gigantyczna-porownywarka-wyszukiwarka-hoteli-polska-swiat/

    1. e tam, fajnie było zobaczyć dwa olimpijskie złota Stocha :) Byłem ostatnio na Pucharze Kontynentalnym. Tam i niżej prawdziwe skoki jeszcze istnieją, problemem jest PŚ

Odpowiedz na „~avtoAnuluj pisanie odpowiedzi

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>