Na meczach „klubu-fenomenu” prezes zna połowę kibiców

Tenis stołowy to jedna z bardziej niedocenianych dyscyplin sportu w Polsce. To paradoks, jeżeli pomyśleć, że rakietkę lub przynajmniej piłeczkę mieli w rękach wszyscy wysyłani przez rodziców na kolonie. Są jednak miasta, gdzie ta dyscyplina jest naprawdę ważna. SKTS to zresztą jedyny sochaczewski klub w ekstraklasie.

Jak nam zapowiedziano, niedzielny mecz SKTS ze Scanią Nadarzyn nie miał być zwykłym odcinkiem ligowego serialu, a najprawdziwszymi derbami Mazowsza, w dodatku decydującymi o miejscu w półfinałach mistrzostw Polski. Gospodynie – trzecie w tabeli – stawały więc do najważniejszego starcia rundy zasadniczej. Przyjezdne – a można tak powiedzieć, bo z Nadarzyna jest do Sochaczewa dobre 50 kilometrów – chciały pozbierać się po ostatnich bęckach od lidera.

Jedyna ekstraklasa w powiecie

To będzie mecz tenisa stołowego, czyli zatwierdzonego przez MKOl wariantu kolonijnego ganiania wokół stołu z książką w dłoni. Sochaczew (a precyzując – kobiety Sochaczewa) jest w tej grze wicenajlepszy w Polsce i aż szkoda, że nosząc takie miano, nie aktywizuje się w mediach społecznościowych. Na Facebooku śledzi go 740 osób. W internecie liczy się nie tyle, że to nie piłka nożna a pingpong, ale częstotliwość i jakość wysyłanych wiadomości. Ostatnia jest z 9 lutego, przedostatnia z początku grudnia. „Dziś w Kramnicach Miejskich odbyła się Sochaczewska Gala Sportu 2016. Drużyna SKTS została wyróżniona, a tytuł Najlepszego Sportowca 2016 roku powędrował w ręce naszej zawodniczki Kasi Grzybowskiej-Franc! Gratulujemy!” Załączono zdjęcie-selfie uśmiechniętych tenisistek w asyście trenera. Grzybowska-Franc to gwiazda tej drużyny, w ubiegłym roku reprezentantka Polski na igrzyska w Rio de Janeiro. Przed meczem z Nadarzynem wygrała w lidze dwadzieścia meczów i przegrała trzy. Jeśli to jakiś wyznacznik – w internecie ma o dwieście polubień więcej niż cały klub.

- Prezesie, gdy rozgląda się pan po trybunie, ilu osób zupełnie nie kojarzy? – pytamy Bronisława Gawrylczyka.
- Połowy – odpowiada. Czyli połowę (!) trybun zna przynajmniej z widzenia. Statystykę psuje jednak fakt, że w chwili rozpoczęcia meczu publiczność liczyła 37 osób. Potem doszło jeszcze siedem. Gawrylczyk tłumaczy, że zazwyczaj, gdy mecze są w sobotę, jest ich więcej. Ten został wyjątkowo przełożony.

Mimo niskiej frekwencji zajmujący się losami klubu dziennikarz Maciej Frankowski uważa SKTS za fenomen. – Bronisław Gawrylczyk, prezes, sponsor i trener w jednym, kilka lat temu postawił drużynę i klub praktycznie od zera, a dziś z małym wyjątkiem ogrywa wszystkich w kraju. Poza jego zasięgiem jest tylko Siarka Tarnobrzeg, ale to w końcu 25-krotny mistrz Polski i zwycięzca Pucharu Europy. Tutaj jednak, jak na sochaczewskie możliwości, i tak zrobiono coś wielkiego. A że nie ma kibiców? Co by nie zrobić, tenis stołowy to po prostu niszowy sport. Nie wiem po co, ale na stronie związku można prześledzić liczbę kibiców z każdego spotkania. U nas i tak jest nieźle, swoje na pewno robi darmowy wstęp.

Brawa. Szmer piłeczki. Brawa

Powstanie drużyny to spełnienie marzenia właściciela firmy budowlanej, który sam odbijał przy stole jako junior. SKTS to klub rodzinny – Gawrylczykowie zaangażowali się w projekt będący efektem kariery córki. Natalia w latach 90. przywoziła medale z mistrzostw Polski młodzików, kadetów i juniorów, ale dopiero w 2004 roku trafiła do zespołu we własnym mieście. Jego prezes przed laty osobiście uczył ją trzymać rakietę. Trzy lata od debiutu SKTS grał już w najwyższej lidze w kraju, by wkrótce potem zaprosić do drużyny Natalię Partykę. Paraolimpijka z Sydney, Aten, Pekinu, Londynu i Rio spędziła w niej siedem lat.

O atmosferze meczów ligowego „pingla” można powiedzieć sporo, ale na pewno nie, że jest typowa. Spiker, którego słowa kompletnie rozstraja jakość miksera lub – trudno stwierdzić – głośników, mówi na absolutnej ciszy, jaką w hali miejscowego MOSiR zakłócić może wyłącznie kilka dźwięków: lecącej lub odbijanej piłeczki, okrzyku radości po zdobytym punkcie (każdy z graczy dysponuje własnym, oryginalnym) i komunikat sędziego. Biada temu, kto wśród publiczności nie wyciszył telefonu.

- Pół (pauza) minuty – zaintonował. Cisza. Pierwsze zawodniczki dzisiejszego meczu mają ostatnie kilka piłek na rozgrzanie się przy stole. Później arbiter ją na chwilę zabiera, resetuje przekładaną ręcznie tablicę i daje sygnał do startu: „zero… zero.” Ludzie na trybunach nie zamieniają ze sobą ani słowa, większe brawa są dopiero po akcjach. Pierwszego seta Grzybowska-Franc wygrywa z młodą przeciwniczką do pięciu, drugiego do sześciu punktów. W momentach napięcia zdarzają się brawa rytmiczne, ale tylko, jeśli po zdobytym punkcie (dla efektu klaszczą też zawodniczki i trenerzy) przekształcą się ze zwykłych. Chociaż obiekt przy ul. Olimpijskiej nie jest pierwszej świeżości, ma niewiarygodnie dobrą akustykę. Jak SKTS-owi nie szło, przewinęło się nawet szczere „k…wa”.

Nagle mecz trzeba przerwać. Na stole, w polu odbioru piłki, usiadła mucha.
(Trzeci set zakończył się wygraną już tylko do dziewięciu)

Każdy lubi popykać”

Mimo niewątpliwie dużej wiedzy o dyscyplinie Gawrylczyk w trakcie meczu wychodzi z roli trenera. Bez walki oddaje ją doświadczonej Dong Rui Fang – na pierwszy rzut oka mentorce ekipy z Sochaczewa. Przy remisie w meczu 2:2 to ona miała rozstrzygnąć losy całego spotkania.

Prezes wyjaśnia: – Ja w klubie jestem takim człowiekiem od wszystkiego, ale bez wsparcia bym sobie sam nie poradził. Podczas meczów chcę po prostu być przy drużynie, zadbać o dobry nastrój i żeby niczego nie zabrakło. Moje rady niedużo pomogą, o wiele lepiej dla jakości meczu, gdy to dziewczyny same się nakręcają. Mamy naprawdę dobrą atmosferę. To potem przechodzi na cały klub, także na trenujące u nas dzieci.

- To jest sport dla każdego. Nie trzeba mieć wielkich predyspozycji. Ani ruchowych, ani szybkościowych, jakie są potrzebne w innych dyscyplinach. No i można zacząć w dowolnym wieku – zachwalała Grzybowska, gdy jeszcze bez Franc po dywizie gościła w 2012 roku na memoriale Andrzeja Grubby. – Zawsze stawiano mi go za wzór. Swoją karierą Grubba wyprowadził tenis stołowy ze świetlic na salony – dodawała. Wszystkich szkolących się w SKTS jest około dwudziestki. Więcej nie mieści się w sali. Przychodzą z podstawówek, czasami dopiero gimnazjów, ćwiczą trzy razy w tygodniu. Dzięki umowie z miastem i MOSiR mają naprawdę niezłe warunki, a do tego nowe stoły i sprzęt do gry, który jest podstawą rozwoju. Klub w przeszłości otrzymywał propozycje przeniesienia drużyny i licencji do innego miasta. Ale z Sochaczewem zawiązała się już więź.

Sochaczew żyje sportem

Mecz zakończył się słodko-gorzko. Fang ograła w decydującym pojedynku młodą Darię Trigolos, ale żeby awansować do półfinałów, Sochaczew powinien wygrać ten mecz lepszym stosunkiem. Żeby mieć pewność dalszej gry, w ostatnim meczu rundy zasadniczej konieczne były następne punkty. Tyle że SKTS jedzie do Tarnobrzega i prawie na pewno przegra. Kibice na wszelki wypadek pożegnali się z drużyną, jakby był to ostatni mecz sezonu. Wylosowali gadżety klubu, powiedzieli do widzenia; od następnego weekendu zaczną kibicować na stadionie.

Maciej Frankowski: – Był czas, że gdy rugbyści Orkana grali w najwyższej lidze, na trybunach siadało po pięć tysięcy ludzi. Mówiło się na to „Maracana” i w mieście nie było chyba nikogo, kto chociaż raz by tam nie przyszedł. Teraz mają braki kadrowe i na własne życzenie spadli do niższych rozgrywek, ale i tak przy dzieleniu dyscyplin na koszyki finansowania znaleźli się obok tenisistek i piłki nożnej w tym najlepszym. Reszta – cóż – niby żyje biedniej, chociaż w Sochaczewie się naprawdę dużo dzieje. Z uwagą śledzę postępy ekipy Dragon Fight Club. Założyli sobie amatorską ligę MMA i gdy organizują zawody, startuje po dwieście osób.

Wśród losowanych klubowych gadżetów SKTS szczególnie w pamięć zapadł kalendarz. Oprócz świąt, niedziel i nazw miesięcy wydrukowano na nim zdjęcie drużyny z pucharami i napis: „Niektórzy o tym marzą. My na to pracujemy.”

Jedno przemyślenie nt. „Na meczach „klubu-fenomenu” prezes zna połowę kibiców

  1. Ćwiczyć na pewno, ale trzeba też dobrać odpowiednią dietę, po drugie trzeba zmienić nawyki żywieniowe. Organizm potrzebuje wszystkich składników odżywczych każdego dnia. Ja znalazłam świetne rozwiązanie, nie muszę aż tak zastanawiać się co mam jeść, jem bardzo pożywne posiłki, oczywiście nadal ćwiczę, pozbyłam się już 13kg w 4 miesiące, wyglądam lepiej, młodziej. Do tego właśnie poleciła mi znajoma świetny program o którym możecie poczytać na (www.idealnafigura.com/gberes).

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>