Ten medal z Rio został przegrany [REPORTAŻ]

Po Brazylii został zeszyt wspomnień, ładne zdjęcia, złość na bierną menadżerkę i żal, że jako bohaterka igrzysk olimpijskich przestała już dla Polski cokolwiek znaczyć. Spośród wszystkich naszych medalistów z Rio de Janeiro Monika Michalik zyskała najmniej. A dlaczego, jeżeli zapracowała na swój sukces równie ciężko co pozostali?

Dzisiaj, dokładnie w dniu 37. urodzin, Monika Michalik stanęła w mistrzostwach Europy w Serbii do pierwszego poważnego turnieju od igrzysk w Rio de Janeiro. Chociaż w Brazylii została brązową medalistką, przed walką o finał ME (bo już wiem, że awansowała) z żalem przyznaje, że jej wysiłek pod względem marketingowym poszedł na marne i ani ona, ani zapasy w Polsce nikogo nie interesują.

Do pracy w minus 25

W Trzcielu, najbliższym mieście od jej niewielkiego Jasieńca, poza zapasami sport ma się kiepsko. Klubów sportowych jest niewiele. Turyści czasami pływają w kajakach, ale jeśli ktoś chce męczyć się na poważnie, prędzej czy później ląduje w „Orlętach”. Gdy chcieliśmy porozmawiać o Michalik z jej rodzeństwem, zapytała: – Ale do którego rodzeństwa podać telefon? Bo braci jest sześciu, a siostry dwie. Na mistrzostwa do Serbii Michalików pojedzie dwoje – Monika i młodszy Tadeusz, który wystąpi w kategorii do 85 kg. Wcześniej wielkiej kariery próbowało wszystkie siedmioro pozostałych. Continue reading Ten medal z Rio został przegrany [REPORTAŻ]

Skoki to nasz sport narodowy? Trenuje je… 206 osób

Sukcesy Kamila Stocha i spółki nie odzwierciedlają rzeczywistego stanu polskich skoków narciarskich. A nawet go fałszują. Jak wynika z posezonowego raportu Polskiego Związku Narciarskiego, w naszym kraju tę dyscyplinę uprawia poważnie tylko sto osób. Dzieci, z których wkrótce mają wykuć się kolejni mistrzowie, jest tylko drugie tyle.

Co jeszcze można wyczytać w dokumentach PZN?

Miętus na poziomie odstawionych

Pierwsze, liczone za 240 punktów lokaty to żadna niespodzianka. W przypadku skoczków – kolejne trzy także, bo obsadzili je wszyscy członkowie złotej drużyny z mistrzostw świata w Lahti. Zgodnie z ich pozycjami w Pucharze Świata, 2. jest Maciej Kot, 3. Piotr Żyła, a tuż za podium znalazł się Dawid Kubacki. Ciekawiej robi się na niższych pozycjach. Stefan Horngacher korzystał zimą z ośmiu zawodników, ale role Aleksandra Zniszczoła i Klemensa Murańki były marginalne. Mimo to drugi z wymienionych wyprzedził na liście PZN powołanych na MŚ Stefana Hulę (7.) i Jana Ziobro (6.).

– O kolejności w tym rankingu decyduje bardzo wiele czynników, szczegółowo opisanych w wytycznych dla danej dyscypliny. Pod uwagę brane są punkty zdobywane we wszystkich zawodach krajowych i międzynarodowych, które mnoży się przez odpowiednio ustalone współczynniki. Ich suma określa miejsca w posezonowej klasyfikacji – mówi nam autor rankingu Marek Siderek. Dyrektor sportowy PZN głośno zaznacza, że kolejność na papierze rzetelnie i kompletnie odzwierciedla realną „siłę” każdego narciarza na tle rywali.

Decyzją trenera w najwyższej kadrze skoków na kolejny rok znalazło się siedmiu zawodników. Ale wcale nie najlepszych, bo dla Ziobry miejsca zabrakło. Do Stocha, Kota, Żyły, Kubackiego i Huli dołączyli Jakub Wolny i Krzysztof Miętus. O ile były mistrz świata juniorów po kontuzji kolana nadal może liczyć na ulgowe traktowanie (w rankingu na solidnej 8. pozycji), obdarowany „ostatnią szansą” Miętus będzie pod ogromną presją środowiska. Olimpijczyk z Vancouver spadł na odległe 17. miejsce, pomiędzy Artura Kukułę i Krzysztofa Leję, czyli dwóch skoczków, którym rok temu PZN odmówił szkolenia w którejkolwiek z kadr.

Skoki narciarskie to nisza ekstremalna

W nie całkiem zdigitalizowanych jeszcze archiwach związku ostatni tego typu cyfrowy ranking dotyczy sezonu 2010/11. Wtedy to biało–czerwoni otarli się o medal MŚ na normalnej skoczni w Oslo w drużynie, a brąz wywalczył tam indywidualnie Adam Małysz. I wkrótce potem ogłosił, że kończy karierę.

Gdy „Orzeł” opuszczał polskie skoki, w kategorii seniora PZN sklasyfikował 53 skoczków, w tym aż 36 juniorów. Teraz najstarsza kategoria zawiera 41 nazwisk, ale „młodych zdolnych” jest już tylko 17! Licząc więc 24 dorosłych zawodników i dodając młodzież z kategorii wiekowych do juniora „C” (tzn. od piętnastu lat) plus wszystkie dziewczęta, okazuje się, że „na poważnie” dyscyplinę uprawia w Polsce raptem 100 osób. Jak podaje związkowy system licencji, którego – jak mówi Siderek – inne związki sportowe mogą narciarzom zazdrościć, wszystkich z aktywną licencją jest… 206. Czyli narybek, z którego za kilka lat mają wyrosnąć nowi mistrzowie, liczy 106 zarejestrowanych dzieci. W niedawnym wywiadzie dla sport.pl Adam Małysz porównał, że dwa razy lepsze statystyki są nawet w liczącej 2 mln mieszkańców Słowenii.

– U nas tak źle jeszcze nie było, ale to przez to, że praktycznie nie istnieje baza w Zakopanem. Jak przy naborze mamy dwudziestu zawodników, to do wieku juniora zostaje trzech albo czterech. Jeśli nie ma odpowiedniego naboru, to robi się taka sytuacja jak jest teraz – analizował mistrz.

Tylko Beskidy trzymają poziom

Chociaż z 12 sklasyfikowanych w rankingu PZN klubów aż 7 pochodzi spod Tatr, skoczkowie stamtąd na treningi muszą dojeżdżać w Beskidy. Jedynym miejscem, które wkrótce zyska własne obiekty dla dzieci, jest Chochołów.

Należący do COS kompleks na Krokwi – z wyjątkiem reprezentacyjnej skoczni im. S. Marusarza – niszczeje i czeka na cud. Podkarpackiemu Zagórzowi, który w 2014 roku doczekał się pierwszego medalisty krajowych mistrzostw z regionu, odmówiono budowy większej skoczni. Trzy konstrukcje na Dolnym Śląsku (w tym dwie o rozmiarach olimpijskich) nie czekają już na nic. Karpacz, chociaż w 2001 roku gościł mistrzostwa świata juniorów, nadal nie może doczekać ma pecha do władzy bagatelizującej rolę sportu. Oprócz największego „Orlinka” zaniedbano tam także idealną dla dzieci „Karpatkę” czy wyglądający jakby groził katastrofą budowlaną tor saneczkowy. Konstrukcje popadają w ruinę, a byli sudeccy mistrzowie (nie tak dawno w regionie aż roiło się od skoczni i skoczków) rozkładają ręce. Leżąca na wschód od Karpacza „Krucza Skała” w Lubawce znalazła się w jeszcze dziwniejszej sytuacji, bowiem półtora roku temu miasto odbudowało jej rozbieg. Na hucznym otwarciu mistrz Wojciech Fortuna zapowiadał odrodzenie tradycji, a władze – ściągnięcie zawodów rangi FIS. Prawda jest taka, że od remontu ani razu nikt z niej nie skoczył.

Po Ammannie zostanie pogorzelisko

Simon Ammann nie spełnił minimum i przed igrzyskami olimpijskimi w Pjongczangu wypadł z najwyższego progu szkolenia w Swiss Ski. Ale w ojczyźnie legendarnego skoczka jest więcej kłopotów. Brakuje juniorów, brakuje wyników, nadziei, imprez i skoczni. Jakby to była umierająca dyscyplina.

Zimowy symbol olimpizmu zajął ostatniej zimy 29. miejsce w Pucharze Świata i po raz pierwszy od 2002 roku spadł do niższej kadry. W tej, nazywanej na wyrost kadrą „A”, nie ma ani potencjału, ani wielkich nadziei.

- Jeśli Simon chciał być w pierwszym bloku szkolenia, powinien być co najmniej 25. Zabrakło mu niewiele, poza tym od kogoś takiego oczekujemy trochę więcej. To jest powód, dla którego musiał zostać zdegradowany – tłumaczył na łamach „Blick am Abend” szef skoków i kombinacji w Swiss Ski Berni Schoedler. Działacz, a wcześniej trenerski ojciec sukcesów Ammanna, zapewnił, że decyzja nie będzie miała konsekwencji. Skoczek zachowa prawo startu w Pucharze Świata, miano lidera ekipy i budżet na przygotowania. Mimo to środowisko odebrało to jako akt symboliczny.

- Nie chcę być jak Noriaki Kasai i skakać tak długo. Ale chciałbym mieć formę jak on. Ciężko pracuję, żeby nie okazało się, że ostatnie słowo w sporcie mam już za sobą – mówił, tłumacząc ostatniej zimy decyzję o rezygnacji z występów w PŚ i wizytę na Pucharze Kontynentalnym. Tam, w fatalnie kojarzonym z powodu upadku Bischofshofen, próbował się odbudować, ale w elicie nadal pozostawał tłem. Od listopada do marca ani razu nie był w dziesiątce zawodów. Ostatnią tak fatalną passę zaliczył 16 lat temu!

Jak pewnego razu usłyszałem pocztą pantoflową, mistrz miał o swojej karierze powiedzieć, że „nie kończy, bo szkoda mu jego kraju”. – Mam co robić w kolejnych latach, bo wraz z Martinem Schmittem prowadzimy agencję sportową. Ale jeśli odejdę, nie zostanie po mnie prawie nic – szczerze przyznawał. Z całym szacunkiem dla jego kolegów z kadry, ale 36-latek ma rację. Chociaż od igrzysk w Soczi w każdym kolejnym sezonie lądował coraz bliżej, i tak pozostawał najwyżej sklasyfikowanym reprezentantem Szwajcarii. Następny w „generalce” rodak – Gregor Deschwanden – kończył 27. 39. i 64. Czyli coraz gorzej.

Generalnie szwajcarska zima nie ma się źle, bo zarówno w narciarstwie alpejskim, biegach czy na lodzie ich zawodnicy stanowią czołówkę. Ale co w tym dziwnego, skoro aż 60 procent obszaru to Alpy. Ze skokami się jednak nie polubiono. Obiekty im. mistrza świata z 2009 roku Andreasa Kuettela w Einsiedeln nie chcą już nawet organizować Letniego Grand Prix, a wobec nieużywania ich zimą (to samo w sobie jest kuriozalne) była to najważniejsza impreza w tym miejscu. Jeszcze gorzej jest w St. Moritz. Gospodarz igrzysk olimpijskich z 1928 i 1948 roku przystąpił do modernizacji skoczni, po czym mieszkańcy przegłosowali, by zaprzestać robót. Bo pieniądze, które miasto miało na nie przeznaczyć, woleli przeznaczyć na trasy zjazdowe.

Obok świątyni szwajcarskich skoków w Engelbergu cokolwiek dzieje się tylko w Kanderstegu. Miejscowość po mękach doczekała się kompleksu obiektów dla juniorów, które następnej zimy awaryjnie zorganizują mistrzostwa świata juniorów. W 2026 roku – jeżeli Sion otrzyma prawo do organizacji igrzysk – Kandersteg będzie jednym z gospodarzy-partnerów i wygląda na to, że tylko tam na poważnie rozwija się obecnie szkolenie następców Ammanna i Kuettela. Bo w Engelbergu sprawna jest tylko duża Titlis, ale latem zamiast igelitu pokrywa ją trawa.

Wracając do szkolenia juniorów… efektów nie widać. Na zapleczu Pucharu Świata najlepszym reprezentantem Szwajcarii był po dwóch ledwie występach… Simon Ammann. W trzeciej lidze nie wprowadzili nikogo do czołowej czterdziestki. Igrzyska dla Sionu to dla Szwajcarii ostatnia szansa na rozwój, o ile do momentu głosowania w MKOl cokolwiek jeszcze będzie do rozwijania.