Widzę Londyn #4: Pierwszy mistrz na żywo

Robię małe resumé.

Odkąd zacząłem jako kilkulatek jeździć na sport, do daty przyjazdu na mistrzostwa świata w Londynie widziałem na żywo pewnie kilkaset innych wydarzeń. Zaczęło się od piłki nożnej i zbyt słonego słonecznika kupowanego w „Karniaku”, którego wyżute skorupki lądowały pod plastikowymi ławkami stadionu Miedzi Legnica. Potem były skoki narciarskie w Harrachovie i kolejnych miejscach, aż wreszcie reprezentacja Leo Benhakkera awansująca na Śląskim do finałów Euro 2008. 2:0 z Belgią. Ojciec trochę za mgłą, ja skaczę po sektorze z szalikiem i ryczę, że widzę historię. Historia była też na półfinałowym meczu MŚ w siatkówce w Spodku (zapamiętałem przyjęty w punkt przez Pawła Zatorskiego rekord świata w prędkości zagrywki Gyorgi Grozera) i rok później w Falun, gdzie widziałem brązowy medal drużyny skoczków Łukasza Kruczka. Wcześniej był jeszcze brąz Justyny Kowalczyk i Sylwii Jaśkowiec. W Lahti musiałem zwinąć się do Polski przed przenosinami na dużą skocznię (brąz Piotra Żyły i złoto drużyny), ale gdyby wyliczyć jeszcze inne momenty, to jak na swój wiek, uważam, że widziałem sporo. Ale nigdy czyjegokolwiek polskiego mistrzostwa świata.

Wyobrażenie o wieczornym zwycięstwie Anity Włodarczyk i nowym rekordzie świata wygrzebało ze mnie ducha kibica. O ile z upływem czasu coraz mniej daję się ponieść emocjom, w poniedziałek na Stratford jechałem z dodatkową ochotą. Dotychczas widziałem w telewizji jej wszystkie wygrane konkursy i wszystkie robiły wrażenie. Piorunujące, chociaż to epitet zarezerwowany dla kogoś innego.

Ten na żywo – mój pierwszy, a jej ósmy w międzynarodowej imprezie – nie zrobił. Siedzieliśmy przed dwoma ekranami i oglądaliśmy, jak w tabelkach przeskakują wyniki. Na prowadzenie wyszła Kopron – ożywienie. Moje też, tylko że o jej medal byłem dziwnie spokojny. O poprawkę Włodarczyk podobnie. W międzyczasie ktoś krzyknął: – W TVP mówią, że ona rzuca z kontuzją. Drugie ożywienie. Jak wreszcie zrobiła swoje, to trzecie. Hymnu nie słyszałem, więc odpada, czwarte ożywienie przyszło po przypadkowym spotkaniu z medalistką w drodze do metra i z perspektywy czasu sądzę, że było największe. Ale czemu nie przyszło na stadionie, w sekundzie zdobywania złota, za to wybijało podwójnie, gdy faworyt Usain Bolt finiszował z zaledwie brązem? Chyba nie lubię, gdy sport jest przewidywalny.

Widzę Londyn #3: Napisał „peace and love”

IMG_20170805_224711

Ze stacji metra Stratford idzie się około półtora kilometra. Najpierw trzeba zejść na dół do tuneli, przejść kilka zakrętów i już za ostatnim torem znów wejść (chociaż raczej tu wjeżdżają) po schodach, gdzie odbija się w czytnikach kartę z zakodowanym biletem. Tu tłum gęstnieje po raz pierwszy. Od tej pory – w zależności od godziny i atrakcyjności programu na dany dzień – ani razu aż do stadionu nie idzie się swobodnie. Ograniczają to ręce i nogi innych kibiców, a jeszcze bardziej tymczasowo postawione wszędzie ściany, przeszkody, płotki i zagrody. Nie mają nic wspólnego z funkcjonalnością i wyglądają obrzydliwie. Zalegają tu, bo czegoś albo przed czymś chronią.

Przed wejściem na promenadę stadionu ścieżki się korkują. Jeszcze przed security check stoją ochroniarze obserwujący wyrywkowo przechodniów. Dalej są rzędy stewardów, każące obracać się i czekać na dokładne obmacanie. Kolejny krok – kontrola zawartości plecaka, następny – czytniki do akredytacji, wewnątrz których zamieszczono wszystkie informacje o właścicielu. Po sekundzie od przyłożenia słychać klik i już ekran zdobi twoja twarz. To to samo zdjęcie, które przed kilkoma dniami robili ci, jakbyś właśnie szedł do aresztu. Wszystko rozciąga się w minutach, których czasami po prostu nie można tracić. – We are sorry, but it’s for safety – usłyszysz tylko.

Przed każdym wejściem stoi jeden, czasem dwóch ochroniarzy. Nie ma mowy, żeby gdziekolwiek się prześlizgnąć i nie mam pojęcia, jak na płytę boiska wbiegł wczoraj golas obwieszczający finał męskiej stumetrówki. Napisał sobie na klacie „peace and love” – zupełnie na przekór temu, co będąc tu podpowiada głowa.

Po którymś przejściu przez kontrolę Tomek Kalemba przypomniał sobie, jak przed wyjazdem do Soczi zorganizowano w siedzibie PKOl spotkanie z antyterrorystami. Opowiadali tam dziennikarzom, jak zachowywać się na wypadek ataku, którego jak się później okazało faktycznie chciano się tam dopuścić. – Czegoś się dowiedzieliśmy, to jedno. Ale drugie – stwierdził – to niepotrzebne wzbudzenie strachu. Taką samą rolę niezamierzenie spełniają tu te wszystkie zabezpieczenia. W świecie obojętności na kolejne informacje o terroryzmie odnajdujesz go dopiero, gdy z obserwatora tych zdarzeń staniesz się potencjalnym celem.

Przesadzam, ale za każdym razem, gdy w metrze robi się tłoczno, zaczynam na chwilę kwestionować swoje życie. Za fajne mam, żeby ktoś mi je skończył. A na drzwiach napis: „to prawdopodobnie nic takiego, ale… HOTLINIA ANTYTERRORYSTYCZNA. TWÓJ TELEFON MOŻE RATOWAĆ LUDZI”.

Widzę Londyn #2: Uwielbiam złych sportowców

IMG_20170806_113659

Uwielbiam złych sportowców. Było w tytule, było w pierwszym zdaniu tekstu, to jeszcze raz: uwielbiam złych sportowców. Uwielbiam momenty, w których uznane marki kończą imprezę jako przegrani, nienasyceni, niezadowoleni i z poczuciem, że mogli wycisnąć z siebie coś więcej. Tacy po roku przygotowań, najlepiej trudnych i z przejściami, jeszcze lepiej, jeżeli dopiero czekają na swój pierwszy poważny sukces i stale czegoś brakuje. Tacy, którym znowu wyszło coś inaczej niż zaplanowali. Tacy, jaką w sobotę w Londynie była Sofia Ennaoui.

Weszła do strefy dziennikarzy o wiele wolniej niż na co dzień żyje. A żyje energicznie i głośno, o czym sama opowiadała przy okazji – też przegranych – mistrzostw Europy U23 w Bydgoszczy. – Biegam jaka jestem, czyli szalona – mówiła, gdy usiedliśmy już po godzinnej sesji zdjęć i rozdawania autografów. Tam kazała na siebie poczekać, dzisiaj w Londynie nie kazała, ale sam chciałem. Czekałem, żeby dowiedzieć się, co myśli, mówi i jak zachowuje się dziewczyna, która była o 0.05 sekundy od zaspokojenia wielkiego pragnienia.

Ennaoui była pokorna, ale nadal dumna. Była zła, ale z wizją, że już niedługo. Była świadoma tego, co chciała osiągnąć, skoro na pytanie o „deskę ratunkową w postaci drugiego dystansu – 800 metrów” odpowiedziała, że ma go gdzieś, bo chciała skupić się na jednym i nie rozdrabniać. Uwielbiam złych sportowców, bo pokazują wtedy, że zrobią wszystko, by wkrótce być zadowolonymi.