Skoki straciły urok

IMG_0158

Z niepokojem obserwuję zmiany zachodzące w ostatnich latach w światowych skokach narciarskich. Reforma lotów to szperanie przy działającym silniku. Tylko po co?

Kiedy pierwszy raz usłyszałem o przelicznikach za belkę, byłem optymistą. Uśrednienie wpływu długości najazdu na odległość lotu jest na pewno łatwiejsze od prymitywnych prób analizy ruchów powietrza. Nie od dziś wiadomo, że wiatropunkty są i jeszcze długo będą czystą abstrakcją. Mówią, że cały świat jest matematyką. Ale ja nie wierzę, że w jeden wzór udało się pracownikom FIS wpakować aż tyle istotnych czynników. Nigdy w życiu.

Niemniej jednak przyzwyczaiłem się. Pseudotechnologie i wypaczanie wyników zawodów, owszem, zmieniło mnie jako fana dyscypliny, ale nie uraziło na tyle, bym całkowicie się od niej odwrócił. Nawet bawi mnie duma Międzynarodowej Federacji, która nieraz przegrała z „cudownymi” systemami i mimo to uparcie staje po stronie nowoczesności. Miały być czytelne grafiki, zielona linia na zeskoku i usprawnienie funkcjonowania czujników powietrza. Miały. Czy to dalej jest sport, w którym komputer wpływa niekiedy na 30% wyniku sportowca?

Kombinacja (nie)norweska

Ileż ta telewizja potrafi w głowach namieszać. Działaczy oczywiście! Od dekad to właśnie największe stacje są trzecim głosem ws. zmian w regulaminach poszczególnych dyscyplin. Czasem wychodzi dobrze – nie wyobrażam sobie dziś meczu siatkówki, gdzie punkty przyznaje się tylko po własnej zagrywce. Nikt też chyba nie chce rezygnacji z legendarnego systemu KO, który od przełomu lat 1996-97 skutecznie urozmaica transmisję z Czterech Skoczni.

Właśnie czymś na kształt metody nokautowej jest nowa propozycja FIS. Na szczęście usilne udziwnienia nie dotkną większości kalendarza, a jedynie niewielkiej jego składowej – konkurencji lotów. Gałęzi tak specyficznej i tak różnej od tradycyjnych skoków, że już od lat trwają systematyczne prace nad ich doprecyzowaniem. Nie 50 a jedynie 40 śmiałków staje na mamutach do walki o punkty. Mistrza też nie wyłania się w jednym, a w aż dwóch pełnych konkursach. Na wypadek wiatru, śnieżycy czy złego samopoczucia. Bo tak sprawiedliwiej. Kamil Stoch stwierdził nawet, że formuła ta jest na tyle rozsądna, że powinna zostać wcielona również na obiektach dużych i normalnych. Mistrz olimpijski przyznał, że oddaliłoby to ryzyko przypadkowych mistrzów.

Ale nie. Nie może być tak, że zawsze wygrywa najlepszy. To nudne! – pomyśleli pewnie działacze i szybko zajęli się wdrażaniem bezsensownych deregulacji. Do serii finałowej (a wg nowego nazewnictwa – serii pierwszej) dostaną się nie autorzy najlepszych prób w pierwszej kolejce, ale ci, którzy złapali się do szóstki w swojej grupie. Grupie? Tak. Będą takie cztery po dziesięciu startujących. Sześciu przechodzi, czterech odpoczywa. Łącznie w finale wystąpi ich 24. Wszystko poprzedzone zostanie kwalifikacjami, które – co ciekawe – nie uznają miejsca w czołowej dziesiątce. Będa obowiązkowe. Cały ten zawiły proces wyłaniania triumfatorów najlepiej podsumowuje poniższy komentarz:

komentarz_przepisy_fis

Nieścisłości i niedociągnięcia

Można więc rzec, że to prawie system KO. Ale nie dość, że mniej bezpośredni, to jeszcze z wadami, które aż biją w zeszklone od łez rozpaczy oczy. Trzy grosze na pewno wrzuciła tu wspomniana wcześniej telewizja, która co chwilę narzeka na brak dynamiki konkursów. Ale czy takie usilne aplikowanie odbiorcom fałszywej dramaturgii ma w ogóle sens?

Jeśli skoczkowie, po nawet obowiązkowych kwalifikacjach, będą fruwać w kolejności odwrotnej do rankingów PŚ (czyli jak zawsze), siłą rzeczy z ostatniej grupy pierwszej serii odpadnie czterech czołowych zawodników świata. W ich miejsce do finału przedostaną się takie sławy jak np. Diego Dellasega, Hyun-Ki Kim czy Peter Frenette. Ze sprawiedliwością nie ma nic wspólnego. Przynajmniej z punktu widzenia czołówki. Bo jak nazwać system dobrym, jeżeli nie promuje on umiejętności, a ich brak?

Brak umiejętności to kłopot nie tylko związany z awansami do finałowych serii. To także problemy w locie, przy lądowaniu i – co oczywiste – z uzyskaniem atrakcyjnej dla kibiców odległości. Te wszystkie czynniki uwydatniają się na największych skoczniach globu. Właśnie dlatego tytuł mistrza dostaje najrówniejszy po dwóch (!) dniach zawodnik. Poprzedni rozsądek FIS zastępowany jest teraz jego brakiem. Nowe przepisy mówią o tym, że o zwycięstwie zadecyduje wynik tylko z kolejki ostatniej. Nazywana dotychczas pierwszą będzie miała znaczenie tylko na wypadek odwołania końcowej. Po co? Jednemu dmuchnie, innemu nie, i loterię mamy lepszą, niż w najlepszym kasynie. Ani nie zyska na tym lotnik, ani kibic, ani telewizja.

Chociaż nie. Telewizja zyska czas antenowy, bo przecież pozostałe sześć wolnych miejsc nie zostanie uzupełnionych lucky looserami. Nie dość, że loty już teraz są okrojone, to kibicom zabierze się jeszcze dodatkowych kilka emocji. Spójrzmy na wybór, przed jakim stanie kibic: Zapłacę 100 złotych za bilet. Pojechać na mamuta i zobaczyć 64 skoki, czy na obiekt duży, gdzie będzie ich 80?

Da się dopracować

Mimo wszystkich swoich usterek, nie uważam projektu reform za całkowity strzał w kolano. FIS tylko się zraniła. Jeśli za systemem KO tęskni przez cały rok cała rzesza fanów, to i do grupowego będzie się można przyzwyczaić. Żeby tak się stało, należałoby przeforsować kilka zmian w tych… zmianach

1) Branie wyników ostatniej kolejki za decydujące to absolutny regres dyscypliny. Chcące być sprawiedliwymi, skoki, zamiast w istocie do tego dążyć, staną się loterią, w której wygrać może nawet Krzysztof Biegun. Zamiast ograniczać liczbę ocenianych serii, należy ją wręcz rozszerzyć. Na przykład o obowiązkowe kwalifikacje, których rezultaty byłyby wliczane do końcowej punktacji za konkurs. Począwszy od nich, przez pierwszą kolejkę grupową, a kończąc na finale, otrzymalibyśmy sumę oczek bardziej adekwatną do prezentowanych umiejętności.

2) Nie może być tak, że premiuje się punktami aż 30 czołowych lokat, a w finale i tak wystąpi tylko 24 skoczków. Pozostałą szóstkę należy wybrać na podstawie najlepszych wyników punktowych tak, jak robi się to podczas Turnieju Czterech Skoczni. To lepsze, niż zamiana tego na system 4×7. Gdy w dziesięcioosobowej grupie miałoby odpaść tylko trzech najgorszych, ryzyko porażki maleje do 30%.

3) Nie wyobrażam sobie, by te cztery planowane grupy były ustalone na podstawie rankingu PŚ. Na skocznię powinno się wprowadzić albo metodę rozstawień (jak w biegach), albo ustalać składy dziesiątek na podstawie losowania. Druga z opcji na pewno wywołałaby kontrowersje, ale jeśli przypadek decyduje o składzie półfinalistów Ligi Mistrzów, nie ma zagrożenia, że wpłynie to na uczciwość skoków narciarskich.

Ze smutkiem przypominam sobie czasy, gdy do zwycięstwa potrzebny był piękny skok i szczęście z wiatrem. Wygrywał ten, kto najlepiej umiał go wykorzystać lub mu sprostać, na co dowodem są statystyki wygranych konkursów w sezonie. Dziś szanse są spłaszczone. Lider cyklu może być zarówno pierwszy, jak i dziewiętnasty. Dyscyplina jeszcze kilka lat temu była dzika, nieprzewidywalna i urocza w swojej prostocie. Nawet skocznie wyglądały zupełnie inaczej. Ciągłe zmiany, pseudomodernizacje zasad i reguł sprawiają, że zamiast wielkiego serca, trzeba do skoków kalkulatora i notesu. I nic nie zapowiada wielkiego powrotu do tradycji.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>