Skoki to nasz sport narodowy? Trenuje je… 206 osób

Sukcesy Kamila Stocha i spółki nie odzwierciedlają rzeczywistego stanu polskich skoków narciarskich. A nawet go fałszują. Jak wynika z posezonowego raportu Polskiego Związku Narciarskiego, w naszym kraju tę dyscyplinę uprawia poważnie tylko sto osób. Dzieci, z których wkrótce mają wykuć się kolejni mistrzowie, jest tylko drugie tyle.

Co jeszcze można wyczytać w dokumentach PZN?

Miętus na poziomie odstawionych

Pierwsze, liczone za 240 punktów lokaty to żadna niespodzianka. W przypadku skoczków – kolejne trzy także, bo obsadzili je wszyscy członkowie złotej drużyny z mistrzostw świata w Lahti. Zgodnie z ich pozycjami w Pucharze Świata, 2. jest Maciej Kot, 3. Piotr Żyła, a tuż za podium znalazł się Dawid Kubacki. Ciekawiej robi się na niższych pozycjach. Stefan Horngacher korzystał zimą z ośmiu zawodników, ale role Aleksandra Zniszczoła i Klemensa Murańki były marginalne. Mimo to drugi z wymienionych wyprzedził na liście PZN powołanych na MŚ Stefana Hulę (7.) i Jana Ziobro (6.).

– O kolejności w tym rankingu decyduje bardzo wiele czynników, szczegółowo opisanych w wytycznych dla danej dyscypliny. Pod uwagę brane są punkty zdobywane we wszystkich zawodach krajowych i międzynarodowych, które mnoży się przez odpowiednio ustalone współczynniki. Ich suma określa miejsca w posezonowej klasyfikacji – mówi nam autor rankingu Marek Siderek. Dyrektor sportowy PZN głośno zaznacza, że kolejność na papierze rzetelnie i kompletnie odzwierciedla realną „siłę” każdego narciarza na tle rywali.

Decyzją trenera w najwyższej kadrze skoków na kolejny rok znalazło się siedmiu zawodników. Ale wcale nie najlepszych, bo dla Ziobry miejsca zabrakło. Do Stocha, Kota, Żyły, Kubackiego i Huli dołączyli Jakub Wolny i Krzysztof Miętus. O ile były mistrz świata juniorów po kontuzji kolana nadal może liczyć na ulgowe traktowanie (w rankingu na solidnej 8. pozycji), obdarowany „ostatnią szansą” Miętus będzie pod ogromną presją środowiska. Olimpijczyk z Vancouver spadł na odległe 17. miejsce, pomiędzy Artura Kukułę i Krzysztofa Leję, czyli dwóch skoczków, którym rok temu PZN odmówił szkolenia w którejkolwiek z kadr.

Skoki narciarskie to nisza ekstremalna

W nie całkiem zdigitalizowanych jeszcze archiwach związku ostatni tego typu cyfrowy ranking dotyczy sezonu 2010/11. Wtedy to biało–czerwoni otarli się o medal MŚ na normalnej skoczni w Oslo w drużynie, a brąz wywalczył tam indywidualnie Adam Małysz. I wkrótce potem ogłosił, że kończy karierę.

Gdy „Orzeł” opuszczał polskie skoki, w kategorii seniora PZN sklasyfikował 53 skoczków, w tym aż 36 juniorów. Teraz najstarsza kategoria zawiera 41 nazwisk, ale „młodych zdolnych” jest już tylko 17! Licząc więc 24 dorosłych zawodników i dodając młodzież z kategorii wiekowych do juniora „C” (tzn. od piętnastu lat) plus wszystkie dziewczęta, okazuje się, że „na poważnie” dyscyplinę uprawia w Polsce raptem 100 osób. Jak podaje związkowy system licencji, którego – jak mówi Siderek – inne związki sportowe mogą narciarzom zazdrościć, wszystkich z aktywną licencją jest… 206. Czyli narybek, z którego za kilka lat mają wyrosnąć nowi mistrzowie, liczy 106 zarejestrowanych dzieci. W niedawnym wywiadzie dla sport.pl Adam Małysz porównał, że dwa razy lepsze statystyki są nawet w liczącej 2 mln mieszkańców Słowenii.

– U nas tak źle jeszcze nie było, ale to przez to, że praktycznie nie istnieje baza w Zakopanem. Jak przy naborze mamy dwudziestu zawodników, to do wieku juniora zostaje trzech albo czterech. Jeśli nie ma odpowiedniego naboru, to robi się taka sytuacja jak jest teraz – analizował mistrz.

Tylko Beskidy trzymają poziom

Chociaż z 12 sklasyfikowanych w rankingu PZN klubów aż 7 pochodzi spod Tatr, skoczkowie stamtąd na treningi muszą dojeżdżać w Beskidy. Jedynym miejscem, które wkrótce zyska własne obiekty dla dzieci, jest Chochołów.

Należący do COS kompleks na Krokwi – z wyjątkiem reprezentacyjnej skoczni im. S. Marusarza – niszczeje i czeka na cud. Podkarpackiemu Zagórzowi, który w 2014 roku doczekał się pierwszego medalisty krajowych mistrzostw z regionu, odmówiono budowy większej skoczni. Trzy konstrukcje na Dolnym Śląsku (w tym dwie o rozmiarach olimpijskich) nie czekają już na nic. Karpacz, chociaż w 2001 roku gościł mistrzostwa świata juniorów, nadal nie może doczekać ma pecha do władzy bagatelizującej rolę sportu. Oprócz największego „Orlinka” zaniedbano tam także idealną dla dzieci „Karpatkę” czy wyglądający jakby groził katastrofą budowlaną tor saneczkowy. Konstrukcje popadają w ruinę, a byli sudeccy mistrzowie (nie tak dawno w regionie aż roiło się od skoczni i skoczków) rozkładają ręce. Leżąca na wschód od Karpacza „Krucza Skała” w Lubawce znalazła się w jeszcze dziwniejszej sytuacji, bowiem półtora roku temu miasto odbudowało jej rozbieg. Na hucznym otwarciu mistrz Wojciech Fortuna zapowiadał odrodzenie tradycji, a władze – ściągnięcie zawodów rangi FIS. Prawda jest taka, że od remontu ani razu nikt z niej nie skoczył.

Jedno przemyślenie nt. „Skoki to nasz sport narodowy? Trenuje je… 206 osób

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>