Archiwa tagu: lahti

Lahti umie w PR, czyli mail na przypudrowanie rzeczywistości

Zapowiadane jako rozważne, ekonomiczne i rozwijające kraj mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym w Lahti zakończyły się finansową klapą. W związkowej kasie brakuje 1,6 mln euro, nie wywiązano się z umów, ale organizatorzy… wysłali PR-owego maila, w którym ogłosili sukces. 

Wiadomość trafiła na skrzynki e–mailowe dziennikarzy obsługujących MŚ we wtorek. Przeczytałem m.in. że „fińskie serca napełniły się na nowo miłością do nart”. Gorzej było z napełnianiem się kont bankowych. Continue reading Lahti umie w PR, czyli mail na przypudrowanie rzeczywistości

Krzyk Muncha, fiordy i namiot na Holmenkollen

W Zakopanem było średnio, w Willingen przyzwoicie, a w Lahti – dobrze. Teraz siedzę w drewnianym domku na zboczu fiordu i słucham, że właścicielem posiadłości jest facet, który przehandlował „Krzyk” Edwarda Muncha. Od jutra ma być tu jeszcze weselej.

Po styczniowej minipodróży na skoki narciarskie do Zakopanego (20.1) nie czułem wiele satysfakcji z jej odbycia. Towarzyszyli mi wprawdzie moi bliscy znajomi, widzieliśmy świetne stare skocznie, co w sobotę skończyło się herbatą u pana Matei i podobno nawet udanym reportażem. Ale klimat tego miasta nie jest w żaden sposób wyjątkowy. Regionu Podhala – trochę. Tydzień później (27.1) odwiedziłem w Niemczech pasjonata skoków Luisa Holucha, z którym przez dwa dni jeździliśmy na skoki do Willingen. Było wspaniale pod względem sportowym, drużynówkę wygrała horngacherowa Polska, a brak armii naszych dziennikarzy powodował, że mieliśmy z ekipą skijumping.pl komfortowy dostęp do zawodników. Co więcej, w sobotę wieczorem (soboty to chyba dobry dzień na przygody) poszliśmy na dziwaczne „pępkowe” organizowane na stadionie Arminii Bielefeld. Tam dowiedziałem się, że Tomasz Hołota gra nieźle, ale to nie to samo, co wyprawiał przed laty „König Artur”, jak nawet po latach nazywają tam na Wichniarka. Generalnie: Niemcy za sprawą kilku małych wydarzeń i towarzyszącej mi Pauli były przyzwoite.

Po dwutygodniowej przerwie nadszedł czas na szybkie narty w Szklarskiej Porębie i wyjazd (21.2) do Lahti. Tydzień spędzony na mistrzostwach świata był lepszy niż dwa, które na mistrzostwach świata spędziłem dwa lata temu w Falun. Nie byłem tym razem sam, a z ciekawymi ludźmi; coś tam napisałem, coś tam zobaczyłem, porozmawiałem (m.in. z najnudniejszym do wywiadów człowiekiem świata –Hannu Lepistö) i drugi rok z rzędu utwierdziłem się w przekonaniu, że Finlandia to kraj, w którym mógłbym mieszkać. Nawet, jeśli jedyny czas na wyjście z Salpausselki lub domu do miasta to czas jedzenia w jednym z dziesiątek tego typu barów ponad półmetrowego kebaba (będąc w tym kraju – musicie!). Jakoś przeproszę tatę, że nie kupiłem mu obiecanego magnesika na lodówkę. Zresztą i tak nie ma już na niej miejsca.

Z Lahti zapamiętam jednak niedosyt. W czwartek – dzień pierwszego z dwóch naszych medali w tych MŚ – wyjeżdżałem do Polski. Plan był skomplikowany, ale celem była praca spikerska podczas 41. Biegu Piastów. Najpierw wsiadłem w autobus do Turku, potem w samolot do Gdańska, pociąg do Wrocławia i samochód do Szklarskiej Poręby. Historie zabranego autostopowicza lepiej niech zostaną w samochodzie. Te z Biegu Piastów są warte opowiedzenia, ale pewnie bardziej, gdybym sam mógł obok Justyny Kowalczyk pobiec, a nie tylko zapowiadać przez głośniki, że ta wchodzi właśnie na podium. W niedzielę (5.03) od razu po Biegu Piastów wsiadłem w pociąg do Warszawy. Zdałem dwa zaległe egzaminy i ruszyłem dalej. Po raz pierwszy czując, że tym razem to będzie wycieczka przez duże W.

***

Siadam do komputera na dzień przed Holmenkollen Ski Fest – jednym z najbardziej dzikich i nieopisywalnie pięknych wydarzeń sportowych na świecie. Planuję pracę na weekend, zbieram materiały do reportażu o koczowaniu przy trasach w ramach odwiecznego prawa „allemannaretten”, a jak mi się nudzi, podjadam słynny karmelowy Gudbrandsdalsost albo na chwilę zaczynam grać na gitarze. Trochę się niesie – drewniany piętrowy domek ma powierzchnię niespełna 40 metrów kwadratowych i gdy Zbyszek (lokator) schodzi po schodach, na dole chodzi cała podłoga. W jednym z podobnych domów w Hvitsten Edward Munch namalował „Alma Mater” i przez lata przechowywał swój słynny „Krzyk”. Od miejsca, gdzie siedzę – dokładnie za płotem. Właściciel tej posiadłości, biznesmen Petter Olsen, sprzedał arcydzieło starszego kolegi dopiero w 2012 roku. Miał płótno dlatego, że z Munchem dobrze kojarzył się jego ojciec. Pan Fred 202 lata temu założył tu firmę transportową. Brat Pettera (też Fred) kontynuuje te tradycje, rozwijając firmę, która postawiła na nogi całą krajową gospodarkę. Prywatnie jest kolegą króla.

Ale okolice Hvitsten to dom nie tylko łebskich biznesmenów i artystów. Zbyszkowi przypomniało się na przykład, że pół godziny drogi stąd mieszka Heidi Weng (i jej mama, która nie ma sobie równych w biegach górskich), a kilka domów dalej Hans Hinterholzer – 94-letni Austriak, uczestnik igrzysk w St. Moritz i właściciel patentów narciarskich, których łączną stertę trudno byłoby chwycić jedną dłonią. Z tuzinów wynalazków warto zapamiętać dwa: uginające się tyczki slalomowe i odpinane wiązania nart zjazdowych, które opracował, gdy któregoś razu jego syn połamał na stoku obie nogi.

Jestem tu od trzech godzin i tyle wystarczyło, by plan mojego reportażu o koczujących kibicach na Holmenkollen trochę się zdeaktualizował. Wyszło na to, że do norweskich namiociarzy pójdę na trochę dłużej, bo w piątek lub sobotę rozłożymy się tam z własnym.

Widzę Lahti #4 [21-22.02]: „Posprzątane”

Ostatni wyczyn sportowy 91. Lahti Ski Games miał miejsce w niedzielę ok. godz. 17. Później zagrali jeszcze austriacki hymn, pożegnali kibiców i zanim ci zdążyli wyjść, arena Pucharu Świata zaczęła zamieniać się w zwykłą skocznię i stadion. Była 17:30.

Zwijanie kabli trwa szybko, podobnie jak demontaż barierek i wszelkiego rodzaju reklam. Inni ludzie składali kamery, kolejni – oznaczenia techniczne i fioletowe emblematy imprezy. O ile zdążyli, bo chrapkę na nie mieli też kolekcjonerzy pamiątek. Przyszłoroczne mistrzostwa również będą w tym kolorze. Wyglądałby podobnie do zachodzącego nad jeziorem Vesijärvi słońca, tylko że odkąd przyjechałem, nad miastem non stop wiszą chmury. Przydałaby się witamina D.

Jupitery wyłączone, ale tylko te stadionowe, bo wreszcie otwarte dla mieszkańców trasy biegowe są jasne chyba przez cały czas. Odgrodzony barierkami na płycie boiska finisz leży złożony w częściach w oczekiwaniu na wywózkę. Część wyląduje w magazynach lub pojedzie na następny Puchar do Kanady. Reszta w śmietnikach. Minęła 20.

Logistyka w sporcie to dzisiaj dobrze nasmarowana maszyneria. W Lahti na przygotowanie Salpausselki do kolejnych zawodów mają tydzień. W halach często bywa, że niecałą dobę albo kilka godzin. Niedawno we Wrocławiu doszło do sytuacji, że przed 15. zaczął się finał siatkarskiego Pucharu Polski, a wieczorem na parkiet – w zupełnie innym wystroju – wybiegły siatkarki Orlen Ligi. Ale to ta sama dyscyplina. Dowodem prawdziwego kunsztu może być Hala Stulecia. Po ostatnim gwizdku sędziego w meczu mistrzostw Europy szczypiornistów arenę błyskawicznie przystosowano do wymogów ergowioślarzy. Zdążyli, bo musieli. Gdy tempo pracy się zgadza, to kasa też.

W poniedziałek rano w Lahti widać było jeszcze ślady sportowego święta, ale za dobę po 91. Ski Games zostaną tylko wspomnienia, filmy i zdjęcia. A za rok zabawa zacznie się od nowa. Próba generalna wyszła na czwórkę.