Archiwa tagu: lekkoatletyka

W obronie Renauda Lavillenie

Niebywałego pecha do dużych imprez ma tyczkarz Renaud Lavillenie. Po trzech z rzędu przegranych mistrzostwach świata teraz – w spektakularny sposób – Francuz zawalił mistrzostwa Europy. I chociaż rekordzista globu (6.16 m w Doniecku) od lat miażdży rywali na listach rankingowych, ma poważne kłopoty z udowodnieniem swojej przewagi w bezpośredniej rywalizacji. Dzięki temu po tytuł w Amsterdamie sięgnął facet, który od połowy lutego ani razu nie zaliczył wysokości, od jakiej murowany faworyt konkursu chciał go… zacząć.

Krytyka podniosła się błyskawicznie. Lavilleniemu zarzucono bufoniarstwo, brak respektu do rywali, przerost pewności siebie, a nawet narcyzm. Tylko że na takie słowa Francuz, jeśli odnosimy się wyłącznie do ostatniego konkursu, absolutnie nie zasłużył.

Argumentów do obrony mistrza olimpijskiego dostarczył mi (i to ładnych parę lat temu) ten, który na jego niefrasobliwości skorzystał – Robert Sobera. I on, i ja doskonale pamiętamy podwórkowe mityngi we Wrocławiu, w których konkurs zaczynał się od dwóch metrów, a kończył powyżej pięciu. Na starcie dwudziestka lekkoatletów obu płci, panował tłok, gwar, mijał czas. Jeśli tyczka była w programie o 11, o 9:30 trzeba już truchtać. Trzy kwadranse trwało mierzenie rozbiegów, łapanie stopy, wieszanie gumy, przejazdy i próbne skoki. A bywa, że to i tak zbyt mało.

Jedyny wyjątek, jaki dla Sobery – już 4. zawodnika MŚJ w Moncton – ewentualnie robili sędziowie, to zgoda na dogrzanie się przed oficjalnymi skokami. Nie było mowy o mierzeniu rozbiegu dopiero po zakończeniu konkursu u reszty, więc tak samo jak oni szedł truchtać o 9:30. A potem czekał. Czasami godzinę, czasami trzy.

Lavillenie – chociaż juniorskie doświadczenia Sobery to oczywiście absurdalna skrajność – też w Amsterdamie znalazł się w podobnej sytuacji. W stawce 15 zawodników żaden nie miał rekordu życiowego powyżej 6 metrów, które on w karierze przeskoczył… siedemnaście razy. Tak jak Robert między juniorami czy Anita Włodarczyk obecnie musiał zmobilizować się na walkę z samym sobą. A że nie poszedł na minimalizm? Nie powinno dziwić, że do Amsterdamu nie przyjechał po tytuł, ale po wynik, skoro nawet Polak po triumfie przyznał, że mistrzostwo z rezultatem 5.60 to dla niego wstyd. Na Twitterze ktoś zasugerował, że Francuz mógł zacząć nie od 5.75, ale – powiedzmy – 5.50. Spokojnie by zaliczył na rozgrzewkę, a potem robił swoje. No właśnie nie mógł. Przy takiej jak holenderska zmiennej pogodzie dwadzieścia centymetrów nie zrobiłoby różnicy. Bo wysokość nad poprzeczką miał znakomitą, zabrakło próbnego skoku-dwóch dla zyskania pewności, że zgłoszone sędziom ustawienie stojaków jest właściwe.

Nas, Polaków, francuski problem absolutnie nie martwi, zwłaszcza gdy mogliśmy na nim skorzystać. Nie ma złudzeń, że igrzyska olimpijskie będą inną, poważniejszą grą, w której Lavillenie będzie miał: a) bolesne doświadczenie zebrane w Amsterdamie i b) co najmniej dwóch rywali na swoim poziomie. A gdzie w tym wszystkim znajdą się nasi tyczkarze? Po sukcesie Roberta Sobery wiemy już, że mogą znaleźć się wszędzie.

Trudno być dziś mistrzem

Przypomnę pewien fakt. Anita Włodarczyk w czwartek 27 sierpnia została mistrzynią świata rzucając swoim młotem na drugą odległość w historii. Polka w Pekinie osiągnęła jeden z najlepszych wyników wśród wszystkich zwycięzców i dla lekkoatletycznego świata stała się poniekąd ikoną dyscypliny. Rywalek, które ponoć też brały udział w konkursie, nawet nie pokonała – to byłoby niewłaściwe słowo. Anita je zgniotła.

Fakt drugi. W ten sam dzień, nieco później, swoje ostatnie mecze eliminacyjne do Ligi Europy grały Lech Poznań i Legia Warszawa. Oba zespoły pokonały rywali i ku uciesze fanów piłki nożnej wystąpią w fazie grupowej rozgrywek. To sukces w cieniu tragedii. Tej o nazwie „20 lat bez Ligi Mistrzów”.

Fakt trzeci. Największe polskie serwisy internetowe z branży i spoza niej (rozdzielam tu wg kategorii sport i ogólne) żyły fantastyczną postawą Włodarczyk pół dnia, a nawet trochę mniej. Wieczorem na e-jedynkach pojawiły się już podobizny piłkarzy, którzy albo zepchnęli lekkoatletkę na dalsze pozycje portali, albo w ogóle ją ze stron głównych wyrzucili. Co więcej, oznaczenie mylnie nazywanego „sukcesem” dokonania Wojskowych i Kolejorza było co najmniej tak mocne jak zaakcentowanie informacji o tytule mistrzowskim. Polskie dziennikarstwo polubiło przesadę tak bardzo, że byle wydarzenie bez zastanowienia staje się: legendarnym, wielkim, historycznym, wspaniałym, cudownym i pięknym. Dopasowując to później do prawdziwych sukcesów te epitety nie mają już żadnej mocy. Są zwykłe.

Po kilku godzinach chwały Włodarczyk odeszła w cień. Kibice przeczytali, kibice dostają nowego newsa. Kibice klikają, napędzają liczniki reklamowe. Anita jeszcze nie zdążyła opić medalu, a jej rodacy już żyją czymś innym. I do trenującej w obskurnych piwnicach stadionu warszawskiej Skry już nie wrócą. Rzuciła, zdobyła, powtórz w Rio. Do widzenia.

Z czego wynika to rychłe zapominanie? Mówią, że z popularności. Że Legia i Lech to marki znane większości Polaków, a losy polskiej piłki, chcąc nie chcąc współczesnej „królowej sportów”, naród interesują szczególnie. A na pewno bardziej niż hegemonia jednej silnej kobiety w mało atrakcyjnej konkurencji, której w dodatku nie pokazali w telewizji. Po drugie – mówią, że z pieniędzy. Że dziś liczą się tylko kliknięcia i to suche statystyki odsłon z cienia ustawiają współczesne dziennikarstwo. Wszystko możliwe. Ale nie kupuję tego.

Jesteśmy społeczeństwem informacyjnym. Żywimy się daną, informacją, statystyką, wydarzeniem, komentarzem, opinią. Interesuje nas wszystko i nie potrafimy w tym nagłym zdynamizowaniu się życia wydobyć tego, co cenne. Internet działa błyskawicznie przesyłając i odbierając co minutę miliony nowych bodźców, które tylko czekają na swoje ofiary. Na nas. Było jakieś mistrzostwo, potem mecz, następnie impreza, wpadka polityka. Co wymieniłem jako pierwsze?

Janusz Kusociński stał się legendą dzięki jednemu biegowi, o którym czytała cała Polska. Był prawdziwym bohaterem 1932 roku, który – mimo braku telewizorów – dostarczył naszym dziadkom nieprawdopodobnych wzruszeń. Wojciech Fortuna był po powrocie z Sapporo tak popularny, że z opijania złota z dziesiątkami tysięcy fanów popadł w alkoholizm. Jeszcze Kozakiewicza i Korzeniowskiego też dałoby radę pod to podciągnąć. Bo były inne czasy. Bez sztucznych mistrzostw co dwa lata, bez natłoku średnich informacji, którym na siłę nadaje się wagę. Kim jest Sylwia Bogacka? W czym i jak dobrzy byli Adam Korol, Michał Jeliński, Marek Kolbowicz i Konrad Wasilewski? Na jakim dystansie złoto zdobył Zbigniew Bródka? Ten ciężarowiec Zieliński jak właściwie miał na imię?

Nie pamiętamy, choć było to zaledwie kilka lat temu. Ale teraz to co było kiedyś już się nie liczy. Za godzinę zapomnisz, że przeczytałeś ten tekst. Za dwa miesiące, że Anita Włodarczyk zdobyła mistrzostwo świata.

Niestety, takie czasy. Czasy niedocenionych.