Archiwa tagu: mistrzostwa świata w narciarstwie klasycznym

„Jak każde inne zawody” to nie mydlenie oczu

Po kwalifikacjach do konkursu o mistrzostwo świata na normalnej skoczni w Lahti dziennikarze przy obecności zawodników próbowali analizować, jak ich wyniki oddziałują na innych skoczków; czy Polacy śledzą odległości i styl skoku największych rywali albo czy gdy wracają do domu, rozmawiają o tym, kogo można się w zawodach bać, a kogo nie. Ale im bardziej pytaliśmy o takie sprawy, tym mniej ciekawe padały odpowiedzi:

- Kraft daleko? Nie wiem, mogło mi umknąć.
- Ja nie walczę z nikim, nie myślę o podium. Wolę mieć w głowie, co powinienem zrobić, żeby było jak najlepiej. Później sprawdzę listę wyników.
- Nie analizowałem najgroźniejszych rywali, my sami dla siebie nimi jesteśmy. Jeśli zrobimy, co do nas należy, będzie dobrze.

Skoczkowie po prostu nie żyją tymi mistrzostwami, a co więcej – nie żyją skokami narciarskimi w takim wymiarze jak kibice. Brutalne, prawda? Prawdopodobnie tylko garstka naszej reprezentacji wie, jakie są i jak wylicza się kwoty startowe na Puchar Świata, tylko niektórzy analizują, która skocznia ma jaki profil i jaki jest na niej rekord. Atmosfery w Lahti nie odbierają w żaden szczególny sposób. Mieszkają 30 kilometrów od miasta, nie wychodzą wieczorami do kibiców, a zamiast tego siedzą w drewnianym domku, palą w kominku i grają w pokera. Trochę jak na kolonii, ale to głównie dlatego, że oni na te kolonie jeżdżą przez 150-200 dni w roku. Każdy by zwariował. Po zawodach w Willingen, czyli pierwszych po wiślańsko-zakopiańskiej serii pytań w stylu „jak na wasze skoki wpłynął duch Stanisława Marusarza” Kamil Stoch przyznał: – Wiem, że jestem nudny, ale musicie mi wybaczyć. Mi zależy tylko na tym, by dobrze skakać.

Próżno przed mistrzostwami świata szukać więc jakichkolwiek sensacji i redakcyjni wydawcy jak irytowali się, że kolejne tytuły tekstów są niemal takie same, tak do ostatnich lotów w Planicy dalej będą to robić. Skoczkowie wydają się w tym sezonie zaprogramowani na swoje cele, a skoro powiedzieli o nich raz, drugi i trzeci, to nic dziwnego, że powtarzanie tych słów co tydzień stało się przykrym obowiązkiem (da się od niego uciekać, Piotr Żyła na przykład przebiegł wczoraj przez mixed zone udając, że spieszy się do toalety lub – nie ma pewności – że nie zabrał rękawiczek). Inna sprawa, że hermetyczne skoki narciarskie, w których przeciętny Kowalski rozumie tylko, że trzeba najdalej i warto mieć wiatr pod narty,  są w Polsce prawdopodobnie najbardziej przegadaną dyscypliną. Drugie dno tego informacyjnego status quo trafnie opisał dziennikarz TVP Sebastian Parfjanowicz. – Im bardziej są nudni w wywiadach, tym lepiej skaczą.

Bądźcie więc dzisiaj nudni, panowie. Milczenie podobno jest złotem.

Hattrick bez szału Cariny Vogt

Na sześć wielkich imprez w historii żeńskich skoków Carina Vogt zdobyła połowę złotych medali. Od teraz ma więcej złota niż zwycięstw w Pucharze Świata.

Konkurs o mistrzostwo świata kobiet w skokach narciarskich miał w sobie wszystko. Była bitwa na odległości, były roszady po drugiej serii, rozczarowujące porażki i spektakularne awanse. Na normalnej Salpausselce w Lahti wygrała Niemka Carina Vogt. Teraz złapie byka za rogi – przed nią kilka godzin sławy.

To był tylko brąz

Po raz pierwszy od 2009 roku, gdy FIS powołała do życia kobiecą część skokowych mistrzostw świata, medalowy konkurs stworzył tak dobrą narrację. Po pierwszej serii realną szansę na sukces zachowały cztery zawodniczki, z czego jednej z nich – Japonce Sarze Takanashi – po raz czwarty w imprezie mistrzowskiej przyszło skakać z dodatkowym balastem na szyi, który jeszcze przed startem zawodów wieszali jej na szyi obserwatorzy. Podobnie jak w Val di Fiemme, Soczi i Falun, w których jako pierwsza dama latania na nartach indywidualnie zdobyła ledwie jeden medal, i tym razem ciężar odpowiedzialności ściągnął ją na zeskok za wcześnie. Continue reading Hattrick bez szału Cariny Vogt

Mistrzostwa powinny być dla tych, którzy nie potykają się o śnieg

Lahti poubierane w fiolet, kibice jak zawsze poubierani w dziwne stroje, a w jeszcze dziwniejsze – bo w startowe – poubierani ludzie, którzy nigdy nie mieli na nogach nart. Bohaterami pierwszych dni mistrzostw świata byli niemający nic wspólnego ze sportem.

Historia Wenezuelczyka, którego po przylocie do Paryża zatrzymała i przez kilka dni maglowała francuska policja, blokując jego dalszą podróż do Finlandii, poruszyła media. Adrian Solano został deportowany z powrotem do kraju, a potem dzięki zbiórce pieniężnej zaaranżowanej przez znajomych – z powrotem odesłany do Skandynawii. Spóźnił się na zaplanowany dla pięcioosobowej kadry tego kraju obóz w Szwecji, ale zdążył na start środowych eliminacji biegu interwałowego. Na metę już nie.

Film z jego „występem” stał się viralem internetowym. W skrócie: najpierw pokraczny start z bramki i zachwianie równowagi po pięciu metrach biegu, później pomylenie trasy i upadek na zjeździe. Złe trzymanie kijów, fatalna technika i wyczyn sportowy, który bardziej niż walkę o awans do finałowego biegu na 15 km stylem klasycznym przypominał walkę o przetrwanie. Czwartkowe kwalifikacje sprintu łyżwą były identyczne. Solano na 1600-metrowej trasie uzyskał czas 13:49.33, o dziesięć i pół minuty słabszy od zwycięzcy serii. Drugi najgorszy startujący – też Wenezuelczyk – był prawie o połowę szybszy.

Dzisiejszą walkę o życie 22-latka bez jakiejkolwiek przeszłości ze sportami zimowymi oglądał na trasie tłumek kibiców. W centrum prasowym – tłumek dziennikarzy, ale po szóstej-siódmej minucie ludzie przestali zwracać na niego jakąkolwiek uwagę. Bo pozwalając mu na udział w MŚ, FIS ośmieszył siebie i powagę tej imprezy.

- 99 procent ludzi, którzy dopiero zaczynają z biegówkami, radzi sobie znacznie słabiej – napisała o „egzotycznych” Justyna Kowalczyk. Może tak, tyle że do wyjazdu na najważniejsze zawody świata trzeba by czegoś więcej niż „zaczynania”. Oczywiście – popularyzacja dyscypliny w nowych krajach jest wspaniała, ale nigdy nie oczekiwałbym zaproszenia na maraton berliński, jeżeli cztery razy w życiu przeczłapałem „połówkę”. Franciszek Smuda kłamał, mówiąc, że w kadrze sprawdzi też Adamiakową. Adamiakowa przynajmniej wiedziała, że na boisku są dwie bramki.

Opowiadając w wielkim skrócie historię „egzotycznych” w Lahti, napisałem, że dodają kolorytu i tę opinię podtrzymuję. Fajnie jest dowiedzieć się np. o rekordzie Guinessa w jeździe na nartorolkach, którego (jednak można) też dokonał Wenezuelczyk. Fajnie zobaczyć ambitnych Irańczyków na trasie czy Turka na skoczni, ale tylko wtedy, gdy ich występ nie ociera się o karykaturę. Dobrze, że mistrzostwa ruszyły już na dobre. Tematy zastępcze można odłożyć do archiwum.