Archiwa tagu: norwegia

Ognisko, gitara, piwo i Bjoergen. Holmenkollen jak Tour de France

_IGP5414

Przeszkadzają zawodnikom dymem z palonych ognisk. Piją alkohol, wrzeszczą, do nocy grają na gitarze, ale nigdy nie zdepczą trasy biegowej. Dzikie tłumy kibiców przez trzy dni Pucharu Świata bawią się i śpią w lasach na Holmenkollen. To właśnie – zachwycają się narciarze – jest najpiękniejsze kibicowanie na świecie.

Lokalne prawo allemannsretten mówi, że każdy przebywający w Norwegii może na dwie doby znaleźć schronienie gdzie chce, pod warunkiem, że rozłoży biwak co najmniej 150 metrów od zabudowań. Każdej zimy na wzgórzu Holmenkollen korzysta z tej możliwości kilkadziesiąt tysięcy kibiców, którzy budują miasteczka namiotowe, palą ogniska, grają na gitarach i czekają na najważniejsze narciarskie wydarzenie sezonu – królewskie biegi na 50 i 30 kilometrów.

To nie są tylko zawody sportowe”

Nie da się zimą przejść po Oslo i nie zobaczyć kogoś z nartami w rękach. Latem trudno znaleźć sklep sportowy, w którym na osobnej ścianie nie wisiałyby nartorolki, zwłaszcza że ich użytkownicy mają na ulicach te same prawa co samochody. Byli norwescy biegacze projektują autorskie kolekcje ubrań Continue reading Ognisko, gitara, piwo i Bjoergen. Holmenkollen jak Tour de France

Krzyk Muncha, fiordy i namiot na Holmenkollen

W Zakopanem było średnio, w Willingen przyzwoicie, a w Lahti – dobrze. Teraz siedzę w drewnianym domku na zboczu fiordu i słucham, że właścicielem posiadłości jest facet, który przehandlował „Krzyk” Edwarda Muncha. Od jutra ma być tu jeszcze weselej.

Po styczniowej minipodróży na skoki narciarskie do Zakopanego (20.1) nie czułem wiele satysfakcji z jej odbycia. Towarzyszyli mi wprawdzie moi bliscy znajomi, widzieliśmy świetne stare skocznie, co w sobotę skończyło się herbatą u pana Matei i podobno nawet udanym reportażem. Ale klimat tego miasta nie jest w żaden sposób wyjątkowy. Regionu Podhala – trochę. Tydzień później (27.1) odwiedziłem w Niemczech pasjonata skoków Luisa Holucha, z którym przez dwa dni jeździliśmy na skoki do Willingen. Było wspaniale pod względem sportowym, drużynówkę wygrała horngacherowa Polska, a brak armii naszych dziennikarzy powodował, że mieliśmy z ekipą skijumping.pl komfortowy dostęp do zawodników. Co więcej, w sobotę wieczorem (soboty to chyba dobry dzień na przygody) poszliśmy na dziwaczne „pępkowe” organizowane na stadionie Arminii Bielefeld. Tam dowiedziałem się, że Tomasz Hołota gra nieźle, ale to nie to samo, co wyprawiał przed laty „König Artur”, jak nawet po latach nazywają tam na Wichniarka. Generalnie: Niemcy za sprawą kilku małych wydarzeń i towarzyszącej mi Pauli były przyzwoite.

Po dwutygodniowej przerwie nadszedł czas na szybkie narty w Szklarskiej Porębie i wyjazd (21.2) do Lahti. Tydzień spędzony na mistrzostwach świata był lepszy niż dwa, które na mistrzostwach świata spędziłem dwa lata temu w Falun. Nie byłem tym razem sam, a z ciekawymi ludźmi; coś tam napisałem, coś tam zobaczyłem, porozmawiałem (m.in. z najnudniejszym do wywiadów człowiekiem świata –Hannu Lepistö) i drugi rok z rzędu utwierdziłem się w przekonaniu, że Finlandia to kraj, w którym mógłbym mieszkać. Nawet, jeśli jedyny czas na wyjście z Salpausselki lub domu do miasta to czas jedzenia w jednym z dziesiątek tego typu barów ponad półmetrowego kebaba (będąc w tym kraju – musicie!). Jakoś przeproszę tatę, że nie kupiłem mu obiecanego magnesika na lodówkę. Zresztą i tak nie ma już na niej miejsca.

Z Lahti zapamiętam jednak niedosyt. W czwartek – dzień pierwszego z dwóch naszych medali w tych MŚ – wyjeżdżałem do Polski. Plan był skomplikowany, ale celem była praca spikerska podczas 41. Biegu Piastów. Najpierw wsiadłem w autobus do Turku, potem w samolot do Gdańska, pociąg do Wrocławia i samochód do Szklarskiej Poręby. Historie zabranego autostopowicza lepiej niech zostaną w samochodzie. Te z Biegu Piastów są warte opowiedzenia, ale pewnie bardziej, gdybym sam mógł obok Justyny Kowalczyk pobiec, a nie tylko zapowiadać przez głośniki, że ta wchodzi właśnie na podium. W niedzielę (5.03) od razu po Biegu Piastów wsiadłem w pociąg do Warszawy. Zdałem dwa zaległe egzaminy i ruszyłem dalej. Po raz pierwszy czując, że tym razem to będzie wycieczka przez duże W.

***

Siadam do komputera na dzień przed Holmenkollen Ski Fest – jednym z najbardziej dzikich i nieopisywalnie pięknych wydarzeń sportowych na świecie. Planuję pracę na weekend, zbieram materiały do reportażu o koczowaniu przy trasach w ramach odwiecznego prawa „allemannaretten”, a jak mi się nudzi, podjadam słynny karmelowy Gudbrandsdalsost albo na chwilę zaczynam grać na gitarze. Trochę się niesie – drewniany piętrowy domek ma powierzchnię niespełna 40 metrów kwadratowych i gdy Zbyszek (lokator) schodzi po schodach, na dole chodzi cała podłoga. W jednym z podobnych domów w Hvitsten Edward Munch namalował „Alma Mater” i przez lata przechowywał swój słynny „Krzyk”. Od miejsca, gdzie siedzę – dokładnie za płotem. Właściciel tej posiadłości, biznesmen Petter Olsen, sprzedał arcydzieło starszego kolegi dopiero w 2012 roku. Miał płótno dlatego, że z Munchem dobrze kojarzył się jego ojciec. Pan Fred 202 lata temu założył tu firmę transportową. Brat Pettera (też Fred) kontynuuje te tradycje, rozwijając firmę, która postawiła na nogi całą krajową gospodarkę. Prywatnie jest kolegą króla.

Ale okolice Hvitsten to dom nie tylko łebskich biznesmenów i artystów. Zbyszkowi przypomniało się na przykład, że pół godziny drogi stąd mieszka Heidi Weng (i jej mama, która nie ma sobie równych w biegach górskich), a kilka domów dalej Hans Hinterholzer – 94-letni Austriak, uczestnik igrzysk w St. Moritz i właściciel patentów narciarskich, których łączną stertę trudno byłoby chwycić jedną dłonią. Z tuzinów wynalazków warto zapamiętać dwa: uginające się tyczki slalomowe i odpinane wiązania nart zjazdowych, które opracował, gdy któregoś razu jego syn połamał na stoku obie nogi.

Jestem tu od trzech godzin i tyle wystarczyło, by plan mojego reportażu o koczujących kibicach na Holmenkollen trochę się zdeaktualizował. Wyszło na to, że do norweskich namiociarzy pójdę na trochę dłużej, bo w piątek lub sobotę rozłożymy się tam z własnym.

Norweskie biegi muszą wziąć głęboki wdech

Najpierw oburzało, że Marit Bjørgen nagle zachorowała na astmę. Potem dowiedzieliśmy się, że na astmę chorują inni. Było dziwnie. Później astmatykami zostało pół sportowej Norwegii, aż wreszcie największa obecnie gwiazda tamtejszych nart – Martin Johnsrud Sundby – został za astmę pozbawiony Kryształowej Kuli. Jak poinformował portal Skipol.pl, sprawa poszła jeszcze dalej. Teraz astmę leczy się u zdrowych, ci się tym praktykom dziwią, a dyrektor sportowy ichniej federacji mówi z rozbrajającą wręcz gracją: to dla zdrowia!

Trzeba Norwegom oddać, że w historii romansu dopingu ze sportem chyba żadna nacja i reprezentacja, żaden zawodnik, trener, działacz, polityk, lekarz czy producent odżywek nie zastosował podobnej linii obrony. Pewnie że oskarżani, a nawet potwierdzani na nieczystym wspomaganiu sportowcy chętnie atakują (zazwyczaj kogoś lub coś, ale bliżej niesprecyzowanego), jednak nigdy jak dotąd nie zdarzyło się, by był to atak tak mocno przemyślany, tak bardzo nietypowy, otwarty i… komiczny.

Norwegowie bowiem w obliczu sytuacji, w której skargę na nich złożyli już nawet ich właśni zawodnicy, nie tylko z pewnością w głosie wyrecytowali listę kolejnych argumentów i zaatakowali krytyków, sugerując niezrozumienie i ich brak szczegółowej wiedzy. Oni zaproponowali, że wiedzę o ich metodach paralegalnego dopingu chętnie przekażą innym!

Szkoda tylko, że o niczym nie wie norweskie biuro antydopingowe. Ale to wszystko skomplikowane. Żeby łatwiej doprecyzować jak absurdalny był ostatni wywiad dyrektora sportowego Norges Skiforbund z TV2, w szablonie historii norweskiej astmy można luźno osadzić np. kontekst ostatniej przygody braci Zielińskich. Jakoś tak:

Świat podnoszenia ciężarów od kilku lat traci do Polaków cenne kilogramy. Nikt – nawet kraje byłego ZSRR – nie są w stanie dorównać klasie, jaką na pomoście prezentują nasi sztangiści. Bojąc się o rozwój dyscypliny, biało-czerwoni robią kursokonferencje zagranicznym trenerom, sami jeżdżą do nich z prezentacjami, a utalentowaną młodzież zapraszają na obozy do swojego kraju. Świat przegrywa, świat zazdrości, ale nie może też zrozumieć, dlaczego międzynarodowa federacja zgadza się, by ciężarowcy mogli zażywać sterydy. Polacy tłumaczą, że natura obdarzyła ich niestety mniejszymi predyspozycjami do rozwijania masy mięśniowej, więc po prostu w ten sposób wyrównują sobie szanse.

Jedyny utytułowany sztangista z nieliczącego się ogółem w stawce kraju głośno protestuje. To na nic. Sterydy można brać, zyskując specjalną zgodę, a liczba „leczonych” rośnie z roku na rok. W Polsce w zasadzie wszyscy nagle okazali się słabsi mięśniowo i muszą mieć takie kuracje, by w ogóle móc dźwigać. Tymczasem Polsat od jednego z juniorów dowiedział się, że i jemu podano sterydy, chociaż nigdy nie narzekał na swoje nogi, plecy i barki, zyskując nawet jedne z lepszych wyników badań w historii. Do studia zaproszono więc prezesa PZPC, który miał zostać zasypany trudnymi pytaniami, ale całe zamieszanie z doniesieniami skarżypyty wyjaśnił troską o ochronę zdrowia Polaków. – Zawodnicy zaczną po karierze sportowej drugie życie. W wieku średnim będą musieli pomóc żonie wnieść zakupy na czwarte piętro, nosić córki „na barana”. To nie leczenie, a profilaktyka, ludzie to mylą. Społeczeństwo musi być silne. Inna sprawa jest taka, że jako związek sportowy musimy mieć pewność, że sztangiści w zawodach są w stanie zaprezentować maksimum możliwości – mówił prezes z pewnością w głosie. A na koniec zaproponował z ochotą: nasze metody działają. Teraz zaprosimy lekarzy zagranicznych i im też pokażemy jak dzięki sterydom dobrze dbamy o rozwój dyscypliny.

Brzmi rozsądnie, prawda? Wszak każda babcia powtarza, że zdrowie powinno być na pierwszym miejscu. – Helse kommer først – wznieśli toast dyrektorzy w Norges Skiforbund i stuknęli się ampułkami z wziewami.