Archiwa tagu: podróż

Skocznię na górce pokazał John Cleese z Ptaszkowej

 

Mimo że wyprawę szumnie nazwaliśmy „bieszczadzką”, w istocie ani na sekundę nie wjechaliśmy w Bieszczady. Zamiast oglądać połoniny, Solinę i wszystkie te klimatyczne bary dla turystów, jeździliśmy od wsi do wsi i zawracaliśmy miejscowym głowę, pytając, czy pamiętają, jak w pobliżu funkcjonowała kiedyś skocznia narciarska. W Przemyślu nie zdążyliśmy wjechać do centrum, w Sanoku zobaczyć wystawy prac Beksińskiego, a w Mielcu – zamiast zwiedzić na przykład odnowiony stadion Stali – w deszczu szlajaliśmy się godzinę po osiedlu Cyganów. Po skoczni nie było śladu. Wyliczyliśmy, że odkąd zaczęliśmy podróżować za skoczniami, zobaczyłem ich już 171, Artur prawie 300, a Mikołaj, Mikołaj miał na pewno o siedem mniej od Artura. Bo on już raz był w niebieszczadach i kilka wizytowanych tym razem miejsc widział.

- To po co znowu tam jechał? Continue reading Skocznię na górce pokazał John Cleese z Ptaszkowej

Krzyk Muncha, fiordy i namiot na Holmenkollen

W Zakopanem było średnio, w Willingen przyzwoicie, a w Lahti – dobrze. Teraz siedzę w drewnianym domku na zboczu fiordu i słucham, że właścicielem posiadłości jest facet, który przehandlował „Krzyk” Edwarda Muncha. Od jutra ma być tu jeszcze weselej.

Po styczniowej minipodróży na skoki narciarskie do Zakopanego (20.1) nie czułem wiele satysfakcji z jej odbycia. Towarzyszyli mi wprawdzie moi bliscy znajomi, widzieliśmy świetne stare skocznie, co w sobotę skończyło się herbatą u pana Matei i podobno nawet udanym reportażem. Ale klimat tego miasta nie jest w żaden sposób wyjątkowy. Regionu Podhala – trochę. Tydzień później (27.1) odwiedziłem w Niemczech pasjonata skoków Luisa Holucha, z którym przez dwa dni jeździliśmy na skoki do Willingen. Było wspaniale pod względem sportowym, drużynówkę wygrała horngacherowa Polska, a brak armii naszych dziennikarzy powodował, że mieliśmy z ekipą skijumping.pl komfortowy dostęp do zawodników. Co więcej, w sobotę wieczorem (soboty to chyba dobry dzień na przygody) poszliśmy na dziwaczne „pępkowe” organizowane na stadionie Arminii Bielefeld. Tam dowiedziałem się, że Tomasz Hołota gra nieźle, ale to nie to samo, co wyprawiał przed laty „König Artur”, jak nawet po latach nazywają tam na Wichniarka. Generalnie: Niemcy za sprawą kilku małych wydarzeń i towarzyszącej mi Pauli były przyzwoite.

Po dwutygodniowej przerwie nadszedł czas na szybkie narty w Szklarskiej Porębie i wyjazd (21.2) do Lahti. Tydzień spędzony na mistrzostwach świata był lepszy niż dwa, które na mistrzostwach świata spędziłem dwa lata temu w Falun. Nie byłem tym razem sam, a z ciekawymi ludźmi; coś tam napisałem, coś tam zobaczyłem, porozmawiałem (m.in. z najnudniejszym do wywiadów człowiekiem świata –Hannu Lepistö) i drugi rok z rzędu utwierdziłem się w przekonaniu, że Finlandia to kraj, w którym mógłbym mieszkać. Nawet, jeśli jedyny czas na wyjście z Salpausselki lub domu do miasta to czas jedzenia w jednym z dziesiątek tego typu barów ponad półmetrowego kebaba (będąc w tym kraju – musicie!). Jakoś przeproszę tatę, że nie kupiłem mu obiecanego magnesika na lodówkę. Zresztą i tak nie ma już na niej miejsca.

Z Lahti zapamiętam jednak niedosyt. W czwartek – dzień pierwszego z dwóch naszych medali w tych MŚ – wyjeżdżałem do Polski. Plan był skomplikowany, ale celem była praca spikerska podczas 41. Biegu Piastów. Najpierw wsiadłem w autobus do Turku, potem w samolot do Gdańska, pociąg do Wrocławia i samochód do Szklarskiej Poręby. Historie zabranego autostopowicza lepiej niech zostaną w samochodzie. Te z Biegu Piastów są warte opowiedzenia, ale pewnie bardziej, gdybym sam mógł obok Justyny Kowalczyk pobiec, a nie tylko zapowiadać przez głośniki, że ta wchodzi właśnie na podium. W niedzielę (5.03) od razu po Biegu Piastów wsiadłem w pociąg do Warszawy. Zdałem dwa zaległe egzaminy i ruszyłem dalej. Po raz pierwszy czując, że tym razem to będzie wycieczka przez duże W.

***

Siadam do komputera na dzień przed Holmenkollen Ski Fest – jednym z najbardziej dzikich i nieopisywalnie pięknych wydarzeń sportowych na świecie. Planuję pracę na weekend, zbieram materiały do reportażu o koczowaniu przy trasach w ramach odwiecznego prawa „allemannaretten”, a jak mi się nudzi, podjadam słynny karmelowy Gudbrandsdalsost albo na chwilę zaczynam grać na gitarze. Trochę się niesie – drewniany piętrowy domek ma powierzchnię niespełna 40 metrów kwadratowych i gdy Zbyszek (lokator) schodzi po schodach, na dole chodzi cała podłoga. W jednym z podobnych domów w Hvitsten Edward Munch namalował „Alma Mater” i przez lata przechowywał swój słynny „Krzyk”. Od miejsca, gdzie siedzę – dokładnie za płotem. Właściciel tej posiadłości, biznesmen Petter Olsen, sprzedał arcydzieło starszego kolegi dopiero w 2012 roku. Miał płótno dlatego, że z Munchem dobrze kojarzył się jego ojciec. Pan Fred 202 lata temu założył tu firmę transportową. Brat Pettera (też Fred) kontynuuje te tradycje, rozwijając firmę, która postawiła na nogi całą krajową gospodarkę. Prywatnie jest kolegą króla.

Ale okolice Hvitsten to dom nie tylko łebskich biznesmenów i artystów. Zbyszkowi przypomniało się na przykład, że pół godziny drogi stąd mieszka Heidi Weng (i jej mama, która nie ma sobie równych w biegach górskich), a kilka domów dalej Hans Hinterholzer – 94-letni Austriak, uczestnik igrzysk w St. Moritz i właściciel patentów narciarskich, których łączną stertę trudno byłoby chwycić jedną dłonią. Z tuzinów wynalazków warto zapamiętać dwa: uginające się tyczki slalomowe i odpinane wiązania nart zjazdowych, które opracował, gdy któregoś razu jego syn połamał na stoku obie nogi.

Jestem tu od trzech godzin i tyle wystarczyło, by plan mojego reportażu o koczujących kibicach na Holmenkollen trochę się zdeaktualizował. Wyszło na to, że do norweskich namiociarzy pójdę na trochę dłużej, bo w piątek lub sobotę rozłożymy się tam z własnym.