Archiwa tagu: polska

Od dawna tak nie czekałem

Idzie siedemnasta zima od tej, gdy wszystkich i wszędzie zaczął prać Adam Małysz. Jedenasta, odkąd do prania wszystkich i wszędzie zaczęła przymierzać się Justyna Kowalczyk i dwudziesta dziewiąta, odkąd Stanisław Ustupski jako jedyny jak dotąd Polak stanął na podium zawodów Pucharu Świata w kombinacji norweskiej.

Pierwszy raz od dwóch lat – czyli odkąd polskie narty klasyczne miały zamiar kontynuować pasmo sukcesów z Val di Fiemme i Soczi, a średnio się to powiodło – czekam na transmisję z Kuusamo, we wszystkich wolnych chwilach odtwarzając z YouTube’a poprzednie. Pierwszy raz od dwóch lat chciałbym już tę karuzelę zacząć. Komentować wydarzenia, pytać o ich przyczyny, szydzić z wpadek i chwalić sukcesy. Po, jak sam go zresztą nazywałem, „najlepszym sezonie na przegrywanie” lub „sezonie bez znaczenia” przyszedł wreszcie czas emocji bez ściemy. Nie tych, które na siłę podsycał internet, ale takich, które kreuje stawka. Stawka medali mistrzostw świata, dwuletnich stypendiów Ministerstwa Sportu i Turystyki, a później nastrojów, z jakimi poszczególne kadry przystąpią do przygotowań olimpijskich.

Gdzie jest w tym wszystkim Polska? Do niedawna trochę tam, gdzie pasażer tramwaju wysiada po nagłej awarii trakcji. Nie wiadomo, dokąd iść. Lokomotywa ciągnąca skoczków stanęła jesienią 2015 roku. Podobnie biegaczy narciarskich, gdzie z czterech elementów żeńskiej 5. sztafety w Falun ostał się jeden, w dodatku w formie dalekiej od ideału. Jedynym maszynistą w sprawnym pojeździe okazał się młodszy majster Mateusz Wantulok, mimo że gdy przychodził do pracy w Polskim Związku Narciarskim, w zajezdni kazali mu na początek wsiąść do bryczki. Własnymi rękami przy współpracy z Janem Szturcem zaczął mozolnie zamieniać ją w szynobus i trzeba mu oddać, że w roli się sprawdza, czego dowodem są wyniki Adama Cieślara i Szczepana Kupczaka.

Ale polskie narty klasyczne znalazły się w największym kryzysie od ośmiu lat, a biorąc pod uwagę wyniki Plebiscytu „Przeglądu Sportowego” – ostatnia zima (wiem, że to nadużycie) była powtórką z 2000 roku. Wtedy to po raz ostatni na liście nominowanych do nagrody nie znalazł się żaden ich przedstawiciel. Dla sektora sportu, który w XXI wieku triumfował w tych wyborach niewyobrażalne dziesięć razy przy żadnym m.in. lekkoatletyki (5 – Kowalczyk, 4 – Małysz, 1 – Stoch), to jak policzek w twarz. Zasłużony.

Przed startem sezonu o wyniki dwuboistów jestem spokojny. Skoczków właściwie też, bo jeśli nawet nie zadziała efekt nowej miotły, to swoje zrobi ultrarzetelny moim zdaniem warsztat Stefana Horngachera. Nie mam natomiast pojęcia, co będzie z biegaczami. Justyna Kowalczyk w dwóch dużych rozmowach dla „Przeglądu” i „Sport.pl” wydała się najdojrzalszą Justyną Kowalczyk od początku kariery. Mistrzyni – to słowa kolegów nieśledzących zbyt namiętnie sytuacji na śniegu – spokorniała wobec samej siebie, a dodatkowo znacznie ociepliła wizerunek. Jej plany na ten i przyszły rok – wracam do swoich słów – prezentują się jako uporządkowane i ukierunkowane na konkretne dwa biegi. Ona sama jest zadowolona z ostatnich miesięcy zasuwania. Miło by było, gdyby wróciła na szczyt, albo chociaż w jego pobliże. Po stronie rzeczy, o jakie martwić się nie trzeba, zapisuję też Macieja Staręgę i ewentualnie Pawła Klisza. Nie dlatego, że widzę w nim kandydata do czarnokoństwa podczas mistrzostw świata w Lahti. Dlatego, że zrobił latem wszystko, by w ogóle móc o tym marzyć.

Co będzie z team sprintem mężczyzn? Co będzie ze sztafetą kobiet? Na tę chwilę Janusz Krężelok ma komfort wyboru. Wiesław Cempa – nie. Ten drugi ma wręcz niedobór doświadczonych biegaczek w formie pozwalającej, by panie jako kolektyw mogły zająć w Finlandii miejsce w ósemce. A to dla startujących w obu konkurencjach cel fundamentalny i nie chcę nawet myśleć, co będzie, gdy nie zostanie spełniony.

Sezon 2016/17 szczególnie w biegach upłynie pod znakiem czekania na luty i koniec sezonu, bo wobec rezygnacji wielkich nazwisk zapowiada się najsłabiej obsadzony Tour de Ski. Co gorsza, równolegle z rozmowami o rozstrzygnięciach konkretnych weekendów toczyć się będzie dyskusja o moralności, czystości, dopingu i brudach. Odwrotnie niż w przypadku kombinacji i skoków. Pierwsza walczy o to, by jakkolwiek skupić na sobie uwagę mediów (MKOl groziła już usunięciem dwuboju z programu zimowych igrzysk), w drugiej – po pięćdziesięciu tysiącach obostrzeń sprzętowych – co zimę przestrzeni do manipulacji jest coraz mniej. To nic. Tutaj ktoś znów naciągnie kombinezon, tam przyklei ślizgi, które jadą szybciej niż ślizgi rywali. Wymyśli wiatrołapne rękawiczki lub bieliznę wypełnioną helem. Zacznie skakać ze skrzydłami. Czegokolwiek by nie zrobili, jakkolwiek by mieli nie oszukać, panie i panowie – zaczyna się Puchar Świata.

Czekałem.

Antigę dał nam człowiek z cienia

Zaraz po decyzji zarządu PZPS zacząłem przeglądać stare zdjęcia. Jak z trybun Hali Stulecia we Wrocławiu oglądałem trenerski debiut Stefana (spolszczam go, bo on sam spolszczył się przez ostatnie lata totalnie) w oficjalnym meczu. Jak razem weszliśmy po konferencji prasowej na boisko olbrzyma w Krakowie. Puste trybuny, cisza, a dzień później wagneromemoriałowy hymn a cappella. Piękne wspomnienia mam z Warszawą. Stefan poniekąd był powodem, dla którego wreszcie odwiedziłem stolicę po raz pierwszy na dłużej niż kilkadziesiąt minut, zaliczając dodatkowo największy polski stadion.

Najważniejsze spotkanie ze Stefanem? Polska-Niemcy. Dopiero zaczynałem jako dziennikarz, nawet przez myśl nie przeszło mi składać na mistrzostwa świata akredytacji. Tuż przed turniejem trafił mi się bilet na półfinał. Gdybyśmy w „łódzkiej grupie” nie zajęli 1. miejsca, oglądałbym ten drugi mecz, bez Polaków. A oni w Atlas Arenie to pierwsze miejsce wydarli. No jasne, że pomyślałem sobie: oho, chyba to dla mnie.

Dzień później to już w ogóle się popłakałem.

Potem byłem jeszcze parę razy na biało-czerwonych, mecze oglądałem w telewizji, a jak na twitterze relacjonowałem przyjazd pechowego brązowego teamu Pucharu Świata, nie nadążałem przez moment ze sprawdzaniem powiadomień. W międzyczasie były jeszcze igrzyska, no i koniec. Zaraz przyjdzie ktoś inny, nowy, sklei swój zespół i pewnie postawi na kilku nowych siatkarzy. Może osiągnie sukces, może nawet tak duży jak Francuz.

Tylko że tę drużynę też lubiliście jakoś bardziej, przyznajcie się. Stefan Antiga. Porównywany z Hubertem Wagnerem debiutant, który po czterdziestu latach znów zrobił nad Wisłą siatkarskie El Dorado, jakiego nie było w naszym sporcie nawet przy okazji Euro 2012. Wtedy na piłce nożnej mieliśmy czyste ulice – na siatkówce czułem, że trochę czyszczą się kibicowskie dusze.

Mam tylko wrażenie, że już dawno zapomnieliśmy, iż na ławce Francuzów siedziało dwóch, i że równorzędnym szefem ekipy czyszczących dusze był Philippe Blain. Bez niego nie byłoby ani geniusza Antigi, ani najprawdopodobniej mistrzostwa świata.

Odpadli, ale nie przegrali

Lubię to napięcie na twarzy, kiedy idąc ulicą, czuję, że będzie dziać się coś wielkiego. To wisiało w powietrzu od soboty, albo i wcześniej – odkąd wygraliśmy z Irlandią Północną. Zbiórka będzie w mieszkaniu Maćka. Piwo, znajomi, emocje i coś wielkiego.

- Jebniemy ich. Jak na Śląskim w Chorzowie – snują bez cienia wątpliwości kibice w starannie przygotowanych koszulkach reprezentacji. Tę nosi się dziś do wszystkiego, wszak orzeł w takie dni pasuje i do adidasów, i do szpilek. Jest gwarno, radośnie. Spieszę się. Czytam jeszcze ostatnie tweety „tych od piłki”, przeglądam składy, potem w pośpiechu rozkład jazdy tramwajów. Punktualny. Motorniczy też dzisiaj jeździ w Marsylii. Z okna dumnie powiewa szalik.

Jak cały naród czekałem na ten gwizdek sędziego. Ale że kolejny taki usłyszę po trzech minutach – już nie!

1:1 (3:5)

Lubię sobie czasami powłóczyć nogami, ale tym razem idę dumnie. Może dlatego, że zagraliśmy w takim stylu, może przez kałuże, które po deszczu obnażyły wszystkie nierówności chodnika i trzeba je omijać. Nigdzie mi się nie spieszy.

Spóźniony autobus ma popsute drzwi, ich zamykania wcale nie ułatwiają łysi kibice. Skoro łysi, to Pazdan. Jeśli Pazdan, to Euro. Nowa logika. Łysy z UEFA po tym turnieju odszedł do lamusa.

Jest tłoczno. Po czterech następnych przystankach – bardzo tłoczno. Za rogiem, w nieciekawej osiedlowej tawernie telebim rzuca na ulicę oślepiające światło. To przed kamerami wynik tłumaczy Nawałka. Nie musiałby, bo przecież nikt, jak podejrzewam, ze stojących przed ekranem tego nie oczekuje. Po raz pierwszy po wielkim turnieju odkąd wiem, że takie turnieje w ogóle istnieją.

Ludzie w niby-klimatyzowanej przestrzeni poddają się swoim oddechom. Rozmawia niewielu, o karnych i meczu nie mówi nikt. Smartfony. Nie ma memów, nie ma żartów, nie ma napięcia; szaliki i reprezentacyjne gadżety wystają z kieszeni, farba z policzków biało-czerwonej trzydziestolatki spłynęła pod szyję. Albo się rozmazała. Wszystkie mięśnie jej twarzy są luźne jak przystało na czterdzieści minut po północy. Jest normalnie.

Czytam normalny napis „pojazd obsługiwany przez zakład Kleszczowa”. Jutro normalnie ci wszyscy ludzie z autobusu pójdą do swoich prac, poczytają jeszcze trochę o meczu, a nazajutrz wrócą do normalnych spraw: Sejm, wypłata, Trybunał, urlop, opozycja, długi, nie ma chleba.

Przez ostatnie tygodnie normalną sprawą była reprezentacja Polski. I za to w tym chaosie nie najprzyjemniejszych myśli dziękuję. Za wrażenia, za wspólne wieczory, za codzienne nagrania zza kulis i gigabajty idiotycznych memów. Za glikanian pazdanu. Obyście jeszcze byli wielcy.

Ten turniej jeszcze się dla nas nie skończył. Tę kadrę należy przecież godnie powitać.