Archiwa tagu: puchar świata w skokach narciarskich

Koszmar architektury dopchał się na salony

Historia Wisły jako gospodarza zawodów Pucharu Świata przypomina bajkę o kopciuszku. Niby miasto o sporych tradycjach w skokach narciarskich (na jego terenie mogło istnieć w przeszłości nawet trzydzieści skoczni!), niby z mocnym klubem i wychowankami obwieszonymi medalami najważniejszych imprez, niby o dużym potencjale turystycznym. W miarę ładne, nie najbiedniejsze, z ambicją zaistnienia w świadomości społecznej jako to, gdzie się dzieje. Mimo to do 2016 roku funkcjonowało jako ubogi krewny Zakopanego. To tam był benefis i wielkie zwycięstwa obywatela Wisły Adama Małysza, to tam od zawsze kibice zatracali się w przyklejonych do Krupówek lokalach, podczas gdy z Wisły – jak szybko do niej przyjechali – wracali do domu, nie zostając nawet na kolację. Rodzinne miasto Małysza dostawała od komisji kalendarzowej ochłap. Jeden konkurs w środku tygodnia, w dodatku po pierwszym – w 2013 roku – nie uwzględniono go w tzw. „drafcie” na kolejną zimę, tłumacząc, że nie wypadło tak, jak oczekiwali tego w FIS. Beskidy przetrzymały krytykę, wpompowały w organizację odpowiednio dużo pieniędzy i zaangażowania, aż wreszcie dostały w nagrodę imprezę, na którą na dłużej niż półtorej godziny zerknie narciarski świat. Wisła to kopciuszek, bo startowała z pozycji głodnego psa zjadającego zrzucane mu ze stołu kąski. Kopciuszek, bo zdaniem wielu bardziej na ten prestiż zasługiwało Zakopane.

Ale w Wiśle – w przeciwieństwie do Zakopanego – skocznia i generalnie sport to oczko w głowie. Dzięki umowie dzierżawy z PZN na obiekt za darmo wchodzą wszyscy zainteresowani treningiem Polacy. Nie ma corocznych cyrków z wynajęciem obiektu od COS, bo upraszczając, związek jest po prostu u siebie. Nie ma problemów z odrywającym się igelitem, nie ma problemu z rozróżnieniem roli skoczni jako atrakcji dla turystów od funkcji areny sportowej. Jest się nią komu opiekować. Po początkowych uwagach od FIS teraz Beskidy zwykle wskazywane są światu jako przykład. Jak gdzieś była amatorka, to za rok już jej nie będzie. Jak nie było przez lata dobrego dojazdu, to w trybie ekspresowym teraz układa się projekt budowy odpowiedniej szerokości chodnika. Inauguracja to nagroda, o której dyrektor PŚ Walter Hofer – jeszcze jak miała miejsce w Klingenthal – mówił, że po Turnieju Czterech Skoczni i finale w Planicy jest najważniejszym momentem sezonu.

***

Jak ważne muszą być w Polsce skoki narciarskie, że minister sportu nalewa z pustego i jeśli trzeba – daje gwarancję dofinansowania instalacji całorocznych torów najazdowych? Ważne. Tak samo jak my powoli stajemy się ważni na świecie. FIS wie, że po Niemczech jesteśmy drugim najważniejszym rynkiem „zbytu” i kompletnie nie dziwi, że Walter Hofer dużo wcześniej przed ostatnim spotkaniem komisji za kulisami rozmów złożył Polsce obietnicę. To już nie są lata, że Zakopane starające się o mistrzostwa świata otrzymuje okrągłe zero głosów. Strach pomyśleć, co byłoby, gdyby wizjoner Apoloniusz Tajner (mówił o możliwej inauguracji PŚ już dwa lata temu, tyle że w Szczyrku) do końca doprowadził pomysł skakania na Stadionie Narodowym.

Nie mogę się jednak powstrzymać. Skoro inaugurację sezonu organizuje się w Wiśle, gdzie tak łatwo przychodzi organizatorom załatwianie dotacji i budowanie chodników, dlaczego po tylu latach od otwarcia architektonicznej makabryły nie uratowano jej choćby budową ukośnej trybuny wzdłuż zeskoku? Głupio będzie znowu Andrzejowi Wąsowiczowi i spółce wieszać wzdłuż płotu nieprzezroczystą szmatę i chronić skocznię przed oczami tych, którzy nie załapali się na jedno z 4 tysięcy miejsc. Czterech tysięcy, czyli nawet mniej niż chodzi na cholernie nudne mecze Śląska Wrocław! A podkreślmy to może raz jeszcze, że rozmawiamy o inauguracji olimpijskiego sezonu PŚ. W takim kraju jak Polska równie nieużyteczny, ciasny i brzydki obiekt nie miał prawa istnieć. Cóż. To, że tak szybko zaszedł tak daleko, każe jeszcze niżej ukłonić się polskiemu lobby.

Rewolucja na skoczni, a my będziemy się tylko przyglądać

Od sezonu 2017/18 w Pucharze Świata kobiet będą odbywały się konkursy drużynowe. Największe reprezentacje świata już teraz mają co najmniej cztery zawodniczki na wysokim poziomie. Polki – które mają rzekomo starać się o awans na igrzyska olimpijskie w Pjongczangu – mogą się tylko przyglądać. Przed telewizorem, bo na Puchary Świata nie jeżdżą prawie wcale.

Sezon 2017/18 Pucharu Świata w skokach narciarskich zapowiada się na przełomowy. Mężczyźni po raz pierwszy w historii wystąpią na wszystkich czynnych skoczniach do lotów, po raz pierwszy od 1983 roku nie pojadą do Japonii, a kobiety po raz pierwszy w historii wystartują we własnym seniorskim konkursie drużynowym.

Środowisko jest gotowe

- Skoki kobiet, chociaż nadal bardzo młode, rozwijają się w niewyobrażalnym tempie. Myśleliśmy nad organizacją „drużynówki” już od pewnego czasu. Uważam, że przyszła najwyższa pora, by do nich doprowadzić – mówiła po finale ostatniego sezonu w Oslo pracująca przy żeńskich zawodach Agnieszka Baczkowska. Kontrolerka sprzętu z Polski z najbliższej odległości przygląda się środowisku i – jak stwierdza – widzi coraz mniejsze różnice między tym a męskim.

Baczkowska zdradziła, że chociaż dla kilku reprezentacji byłoby korzystniej przeprowadzić taki konkurs w trzyosobowych składach, większość regularnie startujących państw ma już więcej zawodniczek na międzynarodowym poziomie. – Myślę, że jest co najmniej 10 kadr, które na pewno wystawiłyby drużynę. Tego tak nie widać, jak u mężczyzn, ale skokami kobiet zajmuje się naprawdę wiele państw. Są takie, gdzie panie cieszą się zresztą większym zainteresowaniem i prezentują wyższy poziom, m.in. Rumunia czy Stany Zjednoczone. Nawet Kanadyjki miałyby cztery chętne do skakania. Nie ma więc żadnych przeszkód, by dłużej z tym czekać, zwłaszcza że trenerzy i działacze od jakiegoś czasu wypytują FIS o taki format – zdradzała.

Kraje, w których poważnie traktowane są skoki narciarskie kobiet to: Japonia, USA, Rosja, Włochy, Słowenia, Kanada, Niemcy, Norwegia, Austria i Francja i Finlandia. Ogółem 10, do tego w Pucharze Narodów sklasyfikowano 4 o trochę niższym potencjale: Czechy, Rumunię, Chiny i Koreę Południową, której jedyna zawodniczka zdobyła w sezonie PŚ 2016/17 jeden punkt. Dla Finlandii – chociaż sporo – punkty zdobywa zaledwie jedna narciarka. W kolejnych kilku federacjach podjęto się szkolenia i efekty tej pracy będą widoczne za pewien czas. Czyli rozwój trwa.

Polska pogrążona w chaosie

Polska tej zimy nie zdobyła żadnego punktu, chociaż awanse do „trzydziestek” konkursów na kontach swoich karier mają dwie zawodniczki – Kinga Rajda i Magdalena Pałasz. Jak dotąd taka sztuka nie udała się Annie Twardosz (rocznik 2001, uznawana w tej chwili za najbardziej obiecującą skoczkinię nad Wisłą) i Joannie Szwab (nieuznawanej już za obiecującą). Dwudziestolatka wiosną zeszłego roku wypadła ze struktur szkoleniowych PZN i teraz sport traktuje jako dodatek. Poszła do „normalnej” pracy. Wówczas trener Sławomir Hankus tłumaczył, że „albo ktoś jest gotowy reprezentować kraj i ma ambicję bycia najlepszym, albo daje sobie spokój”.

Z trio Pałasz-Rajda-Twardosz (w tej kolejności zostawały powoływane do kadry i w tej samej także zostawały mistrzyniami kraju na igelicie), a nawet Szwab lub którejś z kilkunastu młodszych dziewcząt można skleić drużynę, o ile wreszcie wokół żeńskich skoków w Polsce wytworzy się odpowiednia atmosfera. Na tę chwilę szkolenie przypomina chałupniczą pracę od doskoku do odskoku, w której nie widać ani logiki w zarządzaniu, ani oczekiwanych efektów. Prezes związku narciarskiego Apoloniusz Tajner stwierdził, że zawodniczki nie pojechały na MŚ do Lahti, ponieważ za dużo ważą. Dlaczego więc w porę nie wysłano ich do dietetyka? Powiedział także, że widzi szansę, by wysłać je na igrzyska do Pjongczangu. Dlaczego więc dostrzeżono ją na rok przed imprezą, skoro ranking kwalifikacyjny buduje się od 1 lipca 2016 roku i przy raptem 35 miejscach nie ma już żadnych realnych szans na ich awans? Panie mogły starać się o punkty. Niestety od tego terminu pojechały na zaledwie cztery konkursy najwyższej rangi. W Pucharze Świata – dwa.

Nie wiadomo dokładnie, co nie działa w naszych żeńskich skokach. Nie brakuje opinii, że panie zamiast pokornie trenować, zaczęły „gwiazdorzyć”. Że nie są wystarczająco profesjonalne, ale też, że Hankus nie wszystkim poświęca wystarczająco dużo uwagi, a do tego nie jest najlepszym specjalistą. Z drugiej strony nie można dziwić się jego złości i wyraźnej krytyce, że PZN prawie wcale nie dba o rozwój i odpowiednie warunki dla jego grupy. I coś w tym jest, skoro jeden z bardzo wysoko postawionych pracowników związku nie tak dawno powiedział o skokach kobiet: „To takie sztuczne i na siłę. Kobiety to powinny co innego robić, a nie na nartach skakać.”

Pierwszy konkurs drużynowy w PŚ kobiet odbędzie się w Hinterzarten 16 grudnia. Jeśli obecnie skaczące Polki mają skrócić dystans do świata, ostatni dzwonek, by zacząć gonić, już dawno wybił.

Sapporo znika ze skoków narciarskich. I może dobrze?

W sezonie skoków narciarskich 2017/18 najprawdopodobniej nie odbędzie się żaden konkurs Pucharu Świata w Japonii. Niezrównane i niezastąpione Sapporo znikło z kalendarza, czyniąc cykl wyłącznie zabawą Europejczyków. Niżny Tagił, o ile nie wyleci z rozpiski, bo nadal ma na to szansę, leży wprawdzie w Azji – tylko że ramtem 25 kilometrów za umowną granicą kontynentów, w kraju tak samo europejskim jak i Polska.

Sapporo kojarzyło się szczególnie każdemu kibicowi dyscypliny. Pomijając nawet spraną już legendę skoku Wojciecha Fortuny, zawody w tym mieście uchodziły za jedne z najbardziej klimatycznych. Bo słychać było dziwne dźwięki ze stadionowych głośników, bo wstawało się w środku nocy, bo często komentował je Stanisław Snopek, bo co roku media publikowały niezastąpiony tekst-obawę „jak nasi poradzą sobie ze zmianą strefy czasowej”. Po raz ostatni Sapporo nie miało u siebie pucharu w sezonie 2006/07, tyle że wtedy organizowało mistrzostwa świata. Wcześniej zdarzyło się tak jeszcze tylko zimą 1982/83. I to był jedyny jak dotąd raz, gdy Japonię cykl ten ominął. Co ciekawe, Sapporo nie rezygnuje ze współpracy z FIS. Na Okurayamie i Miyanomori odbędą się łącznie trzy konkursy Pucharu Kontynentalnego i weekend Puchar Świata kobiet. Panie poskaczą też na zmodernizowanej skoczni w Zao i to one – po raz kolejny zresztą – skupią na sobie uwagę japońskich kibiców. Nic dziwnego. W kadrze mężczyzn od dawna nie było prawdziwej gwiazdy i trudno oczekiwać, by rodaków kręciło w Noriakim Kasai tylko to, że jest stary, a dalej może. Zainteresowanie w sporcie budują zwycięzcy, rekordziści, dominatorzy albo skandaliści. Wykreślając ostatnią – wszystkie te cechy ma Sara Takanashi.

(W Oslo, gdzie odbywało się w jeden weekend rozpoczęcie Raw Air i zakończenie PŚ pań, doszło do zabawnej sytuacji. Ekipa jednej z japońskich telewizji robiła materiał bazujący na wypowiedziach dziennikarzy. Wszystkie pytania zadawali tak, by narzucić pochwałę dla Takanashi. Nie było więc pytania „kto wygra igrzyska?” tylko „dlaczego Takanashi wygra igrzyska?”. Temat męskiej kadry omijali, zupełnie jak my np. temat męskich biegów narciarskich.)

Możliwości są dwie – miasto wypadło z męskiego kalendarza właśnie przez brak zainteresowania (odmówiło same lub odmówiła FIS) lub z uwagi na zaplanowane w Korei Południowej igrzyska. Żadnej reprezentacji nie chciałoby się zapewne lecieć do Azji przed nimi, zostawać tam kolejny tydzień po nich, a już na pewno w trakcie jednej zimy podróżować tak daleko więcej niż raz.

Nie ma sensu co roku ubolewać nad projektem kalendarza PŚ. Że nie ma takich a takich miast (propozycje na kibicowskich forach internetowych są niekiedy ekstremalnie absurdalne), że brakuje skoczni 90-metrowych czy że za dużo zawodów organizuje się w Niemczech. Odpowiedzią na ostatnie są pieniądze i marketing. Na pozostałe – najczęściej wola lub jej brak ze strony krajowych związków, które same zgłaszają do FIS z deklaracją, gdzie chciałyby zorganizować swoją imprezę. Bo mogą. Walter Hofer wyjaśnił mi to kiedyś pytaniem: „A dlaczego w Polsce wolicie Wisłę od Szczyrku, mimo że na Skalite zmieściłoby się więcej kibiców?” Ano dlatego, że chodzi o lepsze widowisko. Organizatorzy mają gdzieś, że konkursy na 90-tce odsłoniłyby innych faworytów. Ma być szoł.

Skoki narciarskie (i sport w ogóle) smakują najlepiej tam, gdzie są chciane. W Sapporo od dawna widać było, że impreza interesuje tylko rodziny przedskoczków i grupę zagubionych w górach pomyleńców. Sens wciskania tam na siłę zawodów był tysiąc razy mniejszy niż chociażby inauguracja sezonu w Ruce, gdzie jednocześnie odbywają się wszystkie konkurencje narciarstwa klasycznego. FIS chce wychodzić ze swoimi produktami do nowych kibiców. W Rosji temat już się sprzedał (znów Hofer: „Chcielibyśmy bardzo takiego rosyjskiego Adama Małysza”) i dlatego Niżny Tagił ma w federacji chody. Ałmaty za to nie sprzedały się w ogóle, więc po organizacyjnej klapie w sezonie 2015/16 nikt im ponownie takich zawodów nie proponował.

Idąc za argumentami o popularności, zainteresowaniu i żyznym rynku dla marketingu, w narzekaniach na kalendarz z jednym zgadzam się w stu procentach – Puchar Świata jak najszybciej powinien wrócić do Ameryki Północnej. I to na więcej niż jeden weekend.