Archiwa tagu: puchar świata

Brytyjczyk biega na nartach i się nie przewraca?

Niemal jedyne, w jaki sposób można w Wielkiej Brytanii trenować biegi narciarskie, to nartorolki. Andrew Musgrave – trzeci biegacz sobotniej rywalizacji na 15 km dowolną techniką w Toblach – nie miał ani talentu, ani szczególnego ciśnienia na narciarstwo, za to wiele zbiegów okoliczności i trafnych decyzji.

Dziwne. Brytyjczyk, a się nie wywraca?

Dla uważnych kibiców męskich biegów postać 27-letniego Musgrave’a to żadne odkrycie. Zawodnik Huntly Nordic Ski Club startuje w Pucharze Świata już dziesiąty sezon i dwukrotnie zdążył już stawać na podium.

- Tylko że tamte podia to były biegi pościgowe, a to zupełnie inny prestiż. Dzisiaj wreszcie udało mi się zrobić coś jak należy od początku do końca i bez dodatków sekundowych. Wszystko mi się świetnie ułożyło. Liczę na więcej – mówił szczęśliwiec po minięciu mety.

Co ciekawe, Brytyjczycy wyraźnie upodobali sobie Toblach. Jedna z „pościgówek” wspomnianych przez „Muzzy’ego” miała miejsce właśnie tutaj, i to w ramach Tour de Ski. A miesiąc wcześniej odbywał się jeszcze sprint, w którym na podium skończył jego klubowy kolega, o dwa lata młodszy Andrew Young. Musgrave też zresztą lubi sprinty. Tuż przed igrzyskami w Soczi został mistrzem Norwegii, pokonując chociażby późniejszego złotego medalistę Olę Vigena Hattestada. Z drugiej strony radzi sobie też na długich dystansach: brał udział w słynnym Biegu Wazów na 90 kilometrów, a w maratonie podczas MŚ w Lahti minął się z medalem o 1,5 sekundy.

Siedem lat przed tym biegiem rozkochani w biegówkach Skandynawowie już wiedzieli, kim jest. On, Young i Fiona Hughes zostali wysłani na igrzyska do Vancouver. Oczywiście niczego tam nie dokonali, ale nawet federacja FIS dostrzegła, że zaczyna rodzić się w dyscyplinie coś bardzo ciekawego. Napisano: „Musgrave dał się poznać jako pierwszy Brytyjczyk, który się nie wywraca Continue reading Brytyjczyk biega na nartach i się nie przewraca?

Koszmar architektury dopchał się na salony

Historia Wisły jako gospodarza zawodów Pucharu Świata przypomina bajkę o kopciuszku. Niby miasto o sporych tradycjach w skokach narciarskich (na jego terenie mogło istnieć w przeszłości nawet trzydzieści skoczni!), niby z mocnym klubem i wychowankami obwieszonymi medalami najważniejszych imprez, niby o dużym potencjale turystycznym. W miarę ładne, nie najbiedniejsze, z ambicją zaistnienia w świadomości społecznej jako to, gdzie się dzieje. Mimo to do 2016 roku funkcjonowało jako ubogi krewny Zakopanego. To tam był benefis i wielkie zwycięstwa obywatela Wisły Adama Małysza, to tam od zawsze kibice zatracali się w przyklejonych do Krupówek lokalach, podczas gdy z Wisły – jak szybko do niej przyjechali – wracali do domu, nie zostając nawet na kolację. Rodzinne miasto Małysza dostawała od komisji kalendarzowej ochłap. Jeden konkurs w środku tygodnia, w dodatku po pierwszym – w 2013 roku – nie uwzględniono go w tzw. „drafcie” na kolejną zimę, tłumacząc, że nie wypadło tak, jak oczekiwali tego w FIS. Beskidy przetrzymały krytykę, wpompowały w organizację odpowiednio dużo pieniędzy i zaangażowania, aż wreszcie dostały w nagrodę imprezę, na którą na dłużej niż półtorej godziny zerknie narciarski świat. Wisła to kopciuszek, bo startowała z pozycji głodnego psa zjadającego zrzucane mu ze stołu kąski. Kopciuszek, bo zdaniem wielu bardziej na ten prestiż zasługiwało Zakopane.

Ale w Wiśle – w przeciwieństwie do Zakopanego – skocznia i generalnie sport to oczko w głowie. Dzięki umowie dzierżawy z PZN na obiekt za darmo wchodzą wszyscy zainteresowani treningiem Polacy. Nie ma corocznych cyrków z wynajęciem obiektu od COS, bo upraszczając, związek jest po prostu u siebie. Nie ma problemów z odrywającym się igelitem, nie ma problemu z rozróżnieniem roli skoczni jako atrakcji dla turystów od funkcji areny sportowej. Jest się nią komu opiekować. Po początkowych uwagach od FIS teraz Beskidy zwykle wskazywane są światu jako przykład. Jak gdzieś była amatorka, to za rok już jej nie będzie. Jak nie było przez lata dobrego dojazdu, to w trybie ekspresowym teraz układa się projekt budowy odpowiedniej szerokości chodnika. Inauguracja to nagroda, o której dyrektor PŚ Walter Hofer – jeszcze jak miała miejsce w Klingenthal – mówił, że po Turnieju Czterech Skoczni i finale w Planicy jest najważniejszym momentem sezonu.

***

Jak ważne muszą być w Polsce skoki narciarskie, że minister sportu nalewa z pustego i jeśli trzeba – daje gwarancję dofinansowania instalacji całorocznych torów najazdowych? Ważne. Tak samo jak my powoli stajemy się ważni na świecie. FIS wie, że po Niemczech jesteśmy drugim najważniejszym rynkiem „zbytu” i kompletnie nie dziwi, że Walter Hofer dużo wcześniej przed ostatnim spotkaniem komisji za kulisami rozmów złożył Polsce obietnicę. To już nie są lata, że Zakopane starające się o mistrzostwa świata otrzymuje okrągłe zero głosów. Strach pomyśleć, co byłoby, gdyby wizjoner Apoloniusz Tajner (mówił o możliwej inauguracji PŚ już dwa lata temu, tyle że w Szczyrku) do końca doprowadził pomysł skakania na Stadionie Narodowym.

Nie mogę się jednak powstrzymać. Skoro inaugurację sezonu organizuje się w Wiśle, gdzie tak łatwo przychodzi organizatorom załatwianie dotacji i budowanie chodników, dlaczego po tylu latach od otwarcia architektonicznej makabryły nie uratowano jej choćby budową ukośnej trybuny wzdłuż zeskoku? Głupio będzie znowu Andrzejowi Wąsowiczowi i spółce wieszać wzdłuż płotu nieprzezroczystą szmatę i chronić skocznię przed oczami tych, którzy nie załapali się na jedno z 4 tysięcy miejsc. Czterech tysięcy, czyli nawet mniej niż chodzi na cholernie nudne mecze Śląska Wrocław! A podkreślmy to może raz jeszcze, że rozmawiamy o inauguracji olimpijskiego sezonu PŚ. W takim kraju jak Polska równie nieużyteczny, ciasny i brzydki obiekt nie miał prawa istnieć. Cóż. To, że tak szybko zaszedł tak daleko, każe jeszcze niżej ukłonić się polskiemu lobby.

Sędzia skoków. Robota dla sokolich oczu

Na nikogo w skokach narciarskich nie narzeka się tak mocno, jak na sędziów orzekających styl. Mają najlepszy widok na skocznię, a czasami ich noty wyglądają, jakby wzięły się z losowania. W inaugurujących sezon zawodach Pucharu Świata w Kuusamo skrzywdzeni mogli czuć się m.in. Maciej Kot w sobotę oraz – jak zwrócił uwagę portal skokipolska.pl – Peter Prevc. Słoweński internet obiegło nagranie, na którym komentator RTV Slovenija Andrej Stare wyśmiewa polskiego sędziego Tadeusza Szostaka, gdy ten zamiast zasłużonej „dziewiętnastki” przyznał dominatorowi minionej zimy niską notę 17,5 pkt. Ocena jako skrajna została odrzucona i nie wypaczyła wyniku skoczka, ale zamieszanie i żywiołowa reakcja dziennikarza odsłoniły poważny problem. Architektoniczny. Continue reading Sędzia skoków. Robota dla sokolich oczu