Archiwa tagu: pzn

Będziemy mieli turniejek w skokach. A już dawno mógł być turniej

W weekend 18–20 sierpnia Polski i Czeski Związek Narciarski zorganizują transgraniczny turniej skoków narciarskich. „Beskydy Tour” to mniejszy kuzyn idei, o której dyskutuje się w środowisku od lat. Polacy od dawna chcieli naśladować Turniej Czterech Skoczni, ale teraz w Pucharze Świata poukładało się tak, że zrobiło się za późno.

Skoczkowie będą skakać w „Beskydy Tour” trzy dni z rzędu. Skijumping.pl podał, że na początek przyjadą na obiekt K-120 do Wisły-Malinki, potem na Skalite K-95 do Szczyrku, a na koniec do czeskiego Frensztatu (K-95). Całość to część Letniego Pucharu Kontynentalnego, czyli drugiej pod względem ważności ligi FIS.

Beskydy Tour – pomysł wytarty z kurzu

W związku z sukcesami turniejów czterech skoczni, nordyckiego, szwajcarskiego czy czeskiego Polacy też od dawna mieli ambicje organizacji własnego, tylko że przez dekady kończyło się na zaledwie lokalnych inicjatywach. Było to jeszcze w czasach, gdy każdy region miał po kilka-kilkanaście nadających się do skakania obiektów, a za skakanie brano się we wsiach tak, jak teraz za kopanie w piłkę.  Continue reading Będziemy mieli turniejek w skokach. A już dawno mógł być turniej

Pokolenie rzucone na pożarcie. Nie ma już dla nich ratunku

Minęły trzy lata, odkąd z pracy na rzecz polskiego narciarstwa uciekł Ivan Hudac i w tym czasie ani razu nie zdarzyło się któremuś z jego następców zostać dłużej niż jedną zimę. W 2015 roku z posad trenerów kadry odsunięto Janusza Krężeloka i Wiesława Cempę, by zastąpić ich „nadzieją na Pjongczang” Miroslavem Petraskiem. To miał być eksperyment. Czech wziął pod skrzydła zespoły obu płci, po czym zharmonizował logistykę pracy i dał poczucie profesjonalizmu. Nic dziwnego, że po sezonie 2015/16 ogólny wizerunek naszych biegów roboczo nazwano „krokiem naprzód”. Szkoleniowiec miał w planach postawić drugi, ale nagle „nadzieję na Pjongczang” zwolniono i ku zdumieniu zawodników przywrócono na stanowiska Krężeloka i Cempę. Czytałem ten fragment cztery razy, żeby na pewno nie pomylić faktów i kolejności.

Pierwsza-kolejna zima „od nowa” wypadła nieźle. Maciej Staręga zajął 8. miejsce w sprincie o mistrzostwo świata, jego koledzy nie tracą już do czołówki zawodów godziny tylko pół, a storpedowana chorobami, kontuzjami i macierzyństwem kadra kobiet zdołała cudem załapać się na stypendium i awans do igrzysk. Dziewczyny kolejny raz w karierze wyszły z mentalnego dołka i na mniej niż 300 dni do Pjongczangu uwierzyły, że piętnaście lat na nartach da im coś więcej niż zdemolowane zdrowie. Nic więc dziwnego, że oskarżany przed dwoma laty o brak zaangażowania w pracę Krężelok tym razem jest chwalony za postęp. Cempa jednak – facet, który w rok cudem ulepił bałwana z błota – kolejny raz idzie w odstawkę. W lakonicznym uzasadnieniu napisano, że nie wszystkie zastosowane formy organizacyjne sprawdziły się i zaszła potrzeba usprawnień. Jego miejsce zajmie człowiek zupełnie nowy w środowisku, który za pięć dwunasta z pewnością da tej ekipie nową jakość – dotychczasowy asystent.

Nie mogę patrzeć, jak kadrę, której dwa lata temu same biegaczki wróżyły medale i „zaprowadzanie porządku na podium”, poniewiera się, jakby chodziło o piłkarskiego czwartoligowca z osiedlowymi pijakami w składzie. Dorosłe kobiety z roku na rok są zostawione same sobie, bez celu, nadziei i nawet cienia złudzenia, że jeśli znów zaufają komuś z zewnątrz i przeharują pół roku, to praca przyniesie jakikolwiek efekt. Po kontuzji rehabilituje się Sylwia Jaśkowiec. Pani Sylwio, tu nie ma do czego wracać. Co z tego, że w sportach wytrzymałościowych sukces daje wyłącznie systematyczność i organizacja, skoro w Polskim Związku Narciarskim wizje i metody treningu zmieniane są jeszcze szybciej niż loga sponsorów na związkowych kurtkach? To pokolenie zostało rzucone światu na pożarcie. Skończy się za rok, dwa, może cztery lata; odejdzie z poczuciem, że w każdym innym kraju z materiału o takim potencjale można było wycisnąć o kilkaset punktów Pucharu Świata więcej.

***

Za pokolenie stracone powinni przyjść juniorzy i całe szczęście, że dorastają w czasach, gdy stały wyjazd za granicę da się zorganizować w tydzień. Szczęście też, że nowa fala nie ma na oczach klapek i taka Iza Marcisz, małoletnia medalistka ostatnich mistrzostw Polski, przyznała po sukcesie, że najchętniej to uciekłaby dla kariery do Norwegii. W kadrze młodzieżowej też doszło teraz do zmian. Ma zostać rozwiązana i przekształcona w kilka grup regionalnych szkolonych w okręgach. Jest to o tyle neutralne dla wyników, że tych w minionych sezonach nie było prawie żadnych. Z odkrytych talentów młodego pokolenia można wymienić jedynie nietkniętą jeszcze wirusem beznadziei Monikę Skinder, a także Dominika Burego, którego Krężelok wraz z drugim zatrudnieniem pociągnął za sobą z młodzieżówki do seniorów i Mateusza Haratyka – najlepszego Polaka w ostatnich MŚJ. O ile pierwszy przemęczył dzieciństwo w strukturach szkolenia centralnego, drugi pomimo powołań uznał, że lepiej i skuteczniej wyszkoli się ze swoim trenerem w Szczyrku.

Działacze wielokrotnie dawali odczuć środowisku, że kadra młodzieżowa obchodzi w Polsce tylko pokręconych zapaleńców i już pal sześć historię o tym, jak na obozie w Szwecji zobowiązano dzieci do noszenia ubrań zakontraktowanej przez związek firmy, nie przesyłając im choćby wystarczającej liczby kompletów na zmianę. Zwolniony teraz z „młodzieżówki” duet trenerski nie miał prawa odnieść sukcesu, skoro Urszuli Migdał wśród biegaczy nie lubi prawdopodobnie nikt, a Adama Kwaka do nowej roli wypchnięto bez grama doświadczenia. Wcześniej w PZN pracował jako fizjoterapeuta i nie rościł żadnych żądań przebranżowienia. Został o to poproszony przez tych samych ludzi, którzy go teraz wyrzucili. Logiczne.

Wszyscy jadą po wszystkich

Zgniłe, skłócone, zezwierzęcone, nieprofesjonalne, chciwe, niemoralne, zacofane, mściwe, cwane, oszukańcze, kompletnie nieskoncentrowane na sporcie. Takie jest polskie środowisko narciarstwa alpejskiego. Nie wiadomo w nim ani komu wierzyć, z kim rozmawiać, załatwiać sprawy i dyskutować o przyszłości, ani nawet na kim spoczywa odpowiedzialność za obecny jego stan. O ile to środowisko ma jeszcze w ogóle stan.

Analizując ostatnio przyczyny polskiej zjazdowej tragedii, zastanawiałem się, jak to możliwe, że w maleńkim środowisku może zawiązać się tyle frontów. Jak ludzie, którzy znają się jak łyse konie, mogą na przykład nagrywać potajemnie prywatne rozmowy, żeby zebrać „haki” na nich i osoby trzecie. Jak spiskują za plecami, na zewnątrz uśmiechając się i podając sobie później ręce z ofiarami ich planów. W biegach narciarskich z podziałem wojennym przynajmniej jest klarownie: ci z Polskiego Związku Narciarskiego, ci, którzy w związku są, ale coraz mocniej ich to męczy i ci, którzy na pierwszych jadą z góry na dół, a z drugimi są skłonni rozmawiać. Oczywiście im dalej od prawa decyzyjności, tym gorzej dla opinii rządzących.

A alpejczycy? Oprócz wspólnego wroga wszystkich działaczy – zarządu głównego PZN – wrogów pobocznych jest co najmniej kilku. Wsłuchując się w głos sfrustrowanych i tych trochę mniej, dowiedziałem się, że za zło odpowiadają kolejno: zarząd, działacze, komisja zjazdów, rodzice zawodników, szef wyszkolenia i trenerzy kadry narodowej – Mateusz Herda i Vlado Kovar. Każdy z zapytanych wymieniał wszystkich, tylko nie siebie, czyli w sondzie na najgorsze zło padłby pewnie remis. U schyłku lata trzech z dwóch ostatnich (Herda i Adam Klimek) złożyło wypowiedzenia. Polowanie na Kovara, któremu zarzuca się wszystko, ale nie fachowość, trwa.

Tutaj więcej o sprawie Vlado Kovara [link]

Epitetami, jakimi sypią ludzie polskich nart, można by obdzielić niejednego skazańca. Padają hasła takie jak: złodziej, oszust, kłamca, destruktor, a podbijają je mniej lub bardziej pikantne opowieści dowodzące ich jedynej przecież racji. Człowiek A mówi na człowieka B, B na C i A, a C nie ma wyjścia, więc mówi na A i B. Co najlepsze, jedni drugim przewidują ich własne myśli, a tamci mają je zupełnie inne od przewidywanych. Literek jest więcej, podobnie jak wersji tych samych zdarzeń. W Nowej Zelandii trenerzy spowodowali na przykład wypadek samochodowy. Wersja pierwsza mówi, że kierowca (nieznany) był trzeźwy, jechał sam i po prostu stracił kontrolę na śliskiej nawierzchni. Wersja druga, że po urodzinowej libacji kierowca (znany) rozbił się z całą grupą dzieci, narażając je na śmierć. Wersja trzecia, policji, jest niepewna. Bo chociaż zainteresowani mówią, że wezwali ją od razu po zdarzeniu, ta utrzymuje, ze przyjechała dopiero po czasie. Piękna baza dla kolejnych pomówień i plotek.

Potęgowany przez upływający czas pat dałoby się rozwiązać, gdyby nie ta grupa winnych, jaka grzechy polskiego narciarstwa widziała naocznie. Wystarczyłoby powołać w PZN komisję dyscyplinarną i namówić milczących na zeznania ws. tego, co wydarzyło się na Antypodach, o których upublicznieniu teraz nie ma mowy. Dlaczego? Bo kto z ludzi będących blisko kadry zacznie sypać na przełożonych, może pakować walizki albo nadstawiać plecy na biczowanie.

„Gorzej być nie może” – ocenił środowisko dwa lata temu jeden z wiceprezesów Polskiego Związku Narciarskiego. Ciekawe czy zdaje sobie sprawę, ile frontów uważa, że jest tak z jego winy.

Do igrzysk olimpijskich w Pjongczang zostało czterysta siedemdziesiąt dni. Żaden z biało-czerwonych nie ma tam choćby iluzorycznych szans na sukces i jeśli – jak sugeruje jeden z naszych najlepszych zawodników – w środowisko nie wjedzie w końcu buldożer, przed tymi w 2022 roku w Pekinie będzie można napisać to samo.