Archiwa tagu: skoki narciarskie

Worki ziemniaków jednak też potrafią skakać

Przed finałem Letniego Grand Prix w Klingenthal próbowałem znaleźć w internecie kilka opinii kibiców o Dawidzie Kubackim i nie zawiodłem się. Wobec popularności medialnej skoków narciarskich komentarzy o „Cesarzu igelitu” z Szaflar, „Dupackim”, zawodniku skaczącym jak „worek ziemniaków” i „turyście za związkowe pieniądze” nie brakuje i gdyby podjąć się jakiejś naukowej analizy ich temperatury, wyszłoby, że takimi cytatami można spokojnie zastępować lód wrzucany do drinków. Ewentualnie wyłożyć nimi rozbieg, czym inwestująca w system mrożenia skocznia w Wiśle-Malince zaoszczędziłaby prawie 3 miliony złotych.

Kubacki – zanim zdemolował tegoroczny cykl na igelicie, a wcześniej pomógł kadrze zostać mistrzami świata – najczęściej pełnił rolę kozła ofiarnego. Jeżeli nie szło drużynie – winny Kubacki. Jeśli spadał na dalszą pozycję w drugiej serii – słaby psychicznie. Jeśli wybił się za wysoko – to że wspomniane ziemniaki. A przy tym niereformowalny, bo rok w rok w Pucharze Świata nie wyróżniał się absolutnie niczym, do tego nigdy (nie mylę się?) w wywiadzie nie powiedział nic, co zaszokowałoby kraj i wzbudziło jakąś dozę zrozumienia. Przez długie zimy zawody kończył na pierwszej serii albo w kwalifikacjach, a jeśli awansował, to znikał w drugiej-trzeciej dziesiątce między zawodnikami, którzy startują w konkursach tylko, bo tak wypada.

Trzeba szczerze przyznać, że kibice – pomijając styl prezentowanych wypowiedzi – nierzadko mieli rację. Cichy, wycofany w porównaniu do kolegów chłopak przez wiele lat w PŚ był, bo był. Opinie o dobrym lecie przylgnęły do niego na tyle mocno, że trafiły nawet wewnątrz środowiska. A on? Robił swoje, czyli pracował. W 2014 roku Łukasz Kruczek – ten sam, który rok później wyrzucił go ze swojej ekipy – stwierdził, że jego otwarty styl to na skoczni żadna nowość. – Tak się zdobywa największe sukcesy. Bardzo podobnie na przykład skacze Gregor Schlierenzauer – mówił mi wtedy. Tyle że między oboma nie było nici zrozumienia i koniec końców wyrzucenie z reprezentacji wyszło mu na dobre. Przejął go Maciej Maciusiak i stwierdził, że żeby uczynić go mocnym, trzeba zaryzykować i poszukać jakichś zmian w technice. Efekt – najlepszy sezon w karierze. Teraz Dawid o tym pamiętał. Maciusiak był pierwszym, kogo wspomniał w wywiadzie po zejściu z podium.

- Profesjonalista w każdym calu. O wszystko dopytuje, chce wiedzieć, nie zrobi niczego na treningu, czego skuteczności nie będzie pewien – wspominał go trener. – Idealny materiał na trenera – dodawał.

Działania Maciusiaka, a teraz Stefana Horngachera (a także przykład pozycji najazdowej Piotra Żyły, którą jednak udało się zmienić) dowiedli, że Kruczek w pewnym momencie przestał wywierać wpływ. Nie był w stanie – jak Austriak – uderzyć pięścią w stół i powiedzieć, że skacząc jak skaczesz, nie masz szans zostać najlepszym na świecie. Wypalenie materiału, o czym dyskutowano na pożegnanie Kruczka z kadrą chętnie i dużo, dosięgnęło każdego elementu współpracy trener-zawodnicy. Głupio byłoby jednak mówić, że to czyjakolwiek wina, skoro to jemu Polacy zawdzięczają podwaliny pod obecną potęgę reprezentacji. Ale zmiana przyszła w dobrym momencie, jeśli nie o sezon zbyt późno.

Horngacher przed sezonem olimpijskim zapowiedział, że w przygotowaniach dokładniej niż rok temu przyjrzy się indywidualnie zawodnikom i być może sprofiluje treningi tak, by każdy dostał taką dawkę, jakiej potrzebuje najbardziej. Dla Kubackiego wypadkową procesu z ostatnich dwóch-trzech lat okazała się forma, jakiej nie miał jeszcze nigdy. A że do zimy zostało raptem półtora miesiąca, nie ma mowy, by niesłabnące obawy kibiców znalazły zastosowanie. W 23 dotychczas rozegranych cyklach LGP-PŚ tylko pięć razy zdarzyło się, by zwycięzca letni nie znalazł się w czołowej dziesiątce klasyfikacji zimowej, a gdyby odciąć tych, którzy wygrywali na igelicie, bo ciułali punkty w większej liczbie konkursów, okaże się, że to wyjątki, które potwierdzają regułę. Nawet, jeżeli Kubacki nie zostanie drugim Schlierenzauerem, jak porównywał Kruczek, to pozycja „solidnego ligowca” i tak będzie satysfakcjonująca. Przede wszystkim dla drużyny, bo nie wierzę, że za jego kamienną twarzą nie chowają się już myśli o podiach zimą.

Jest jeszcze inna kwestia. Wobec tego, jaką metamorfozę przeszedł Kubacki, daje się zrozumieć sens powołania na letnie przygotowania Krzysztofa Miętusa, nawet pomimo że nasz olimpijczyk z Vancouver po drabinie kariery szedł w odwrotnym kierunku do „Mustafa”. Okazuje się jednak, że na każdego może przyjść dobra pora. Pod warunkiem, że jak Kubacki są tego progresu wystarczająco głodni.

Będziemy mieli turniejek w skokach. A już dawno mógł być turniej

W weekend 18–20 sierpnia Polski i Czeski Związek Narciarski zorganizują transgraniczny turniej skoków narciarskich. „Beskydy Tour” to mniejszy kuzyn idei, o której dyskutuje się w środowisku od lat. Polacy od dawna chcieli naśladować Turniej Czterech Skoczni, ale teraz w Pucharze Świata poukładało się tak, że zrobiło się za późno.

Skoczkowie będą skakać w „Beskydy Tour” trzy dni z rzędu. Skijumping.pl podał, że na początek przyjadą na obiekt K-120 do Wisły-Malinki, potem na Skalite K-95 do Szczyrku, a na koniec do czeskiego Frensztatu (K-95). Całość to część Letniego Pucharu Kontynentalnego, czyli drugiej pod względem ważności ligi FIS.

Beskydy Tour – pomysł wytarty z kurzu

W związku z sukcesami turniejów czterech skoczni, nordyckiego, szwajcarskiego czy czeskiego Polacy też od dawna mieli ambicje organizacji własnego, tylko że przez dekady kończyło się na zaledwie lokalnych inicjatywach. Było to jeszcze w czasach, gdy każdy region miał po kilka-kilkanaście nadających się do skakania obiektów, a za skakanie brano się we wsiach tak, jak teraz za kopanie w piłkę.  Continue reading Będziemy mieli turniejek w skokach. A już dawno mógł być turniej

Koszmar architektury dopchał się na salony

Historia Wisły jako gospodarza zawodów Pucharu Świata przypomina bajkę o kopciuszku. Niby miasto o sporych tradycjach w skokach narciarskich (na jego terenie mogło istnieć w przeszłości nawet trzydzieści skoczni!), niby z mocnym klubem i wychowankami obwieszonymi medalami najważniejszych imprez, niby o dużym potencjale turystycznym. W miarę ładne, nie najbiedniejsze, z ambicją zaistnienia w świadomości społecznej jako to, gdzie się dzieje. Mimo to do 2016 roku funkcjonowało jako ubogi krewny Zakopanego. To tam był benefis i wielkie zwycięstwa obywatela Wisły Adama Małysza, to tam od zawsze kibice zatracali się w przyklejonych do Krupówek lokalach, podczas gdy z Wisły – jak szybko do niej przyjechali – wracali do domu, nie zostając nawet na kolację. Rodzinne miasto Małysza dostawała od komisji kalendarzowej ochłap. Jeden konkurs w środku tygodnia, w dodatku po pierwszym – w 2013 roku – nie uwzględniono go w tzw. „drafcie” na kolejną zimę, tłumacząc, że nie wypadło tak, jak oczekiwali tego w FIS. Beskidy przetrzymały krytykę, wpompowały w organizację odpowiednio dużo pieniędzy i zaangażowania, aż wreszcie dostały w nagrodę imprezę, na którą na dłużej niż półtorej godziny zerknie narciarski świat. Wisła to kopciuszek, bo startowała z pozycji głodnego psa zjadającego zrzucane mu ze stołu kąski. Kopciuszek, bo zdaniem wielu bardziej na ten prestiż zasługiwało Zakopane.

Ale w Wiśle – w przeciwieństwie do Zakopanego – skocznia i generalnie sport to oczko w głowie. Dzięki umowie dzierżawy z PZN na obiekt za darmo wchodzą wszyscy zainteresowani treningiem Polacy. Nie ma corocznych cyrków z wynajęciem obiektu od COS, bo upraszczając, związek jest po prostu u siebie. Nie ma problemów z odrywającym się igelitem, nie ma problemu z rozróżnieniem roli skoczni jako atrakcji dla turystów od funkcji areny sportowej. Jest się nią komu opiekować. Po początkowych uwagach od FIS teraz Beskidy zwykle wskazywane są światu jako przykład. Jak gdzieś była amatorka, to za rok już jej nie będzie. Jak nie było przez lata dobrego dojazdu, to w trybie ekspresowym teraz układa się projekt budowy odpowiedniej szerokości chodnika. Inauguracja to nagroda, o której dyrektor PŚ Walter Hofer – jeszcze jak miała miejsce w Klingenthal – mówił, że po Turnieju Czterech Skoczni i finale w Planicy jest najważniejszym momentem sezonu.

***

Jak ważne muszą być w Polsce skoki narciarskie, że minister sportu nalewa z pustego i jeśli trzeba – daje gwarancję dofinansowania instalacji całorocznych torów najazdowych? Ważne. Tak samo jak my powoli stajemy się ważni na świecie. FIS wie, że po Niemczech jesteśmy drugim najważniejszym rynkiem „zbytu” i kompletnie nie dziwi, że Walter Hofer dużo wcześniej przed ostatnim spotkaniem komisji za kulisami rozmów złożył Polsce obietnicę. To już nie są lata, że Zakopane starające się o mistrzostwa świata otrzymuje okrągłe zero głosów. Strach pomyśleć, co byłoby, gdyby wizjoner Apoloniusz Tajner (mówił o możliwej inauguracji PŚ już dwa lata temu, tyle że w Szczyrku) do końca doprowadził pomysł skakania na Stadionie Narodowym.

Nie mogę się jednak powstrzymać. Skoro inaugurację sezonu organizuje się w Wiśle, gdzie tak łatwo przychodzi organizatorom załatwianie dotacji i budowanie chodników, dlaczego po tylu latach od otwarcia architektonicznej makabryły nie uratowano jej choćby budową ukośnej trybuny wzdłuż zeskoku? Głupio będzie znowu Andrzejowi Wąsowiczowi i spółce wieszać wzdłuż płotu nieprzezroczystą szmatę i chronić skocznię przed oczami tych, którzy nie załapali się na jedno z 4 tysięcy miejsc. Czterech tysięcy, czyli nawet mniej niż chodzi na cholernie nudne mecze Śląska Wrocław! A podkreślmy to może raz jeszcze, że rozmawiamy o inauguracji olimpijskiego sezonu PŚ. W takim kraju jak Polska równie nieużyteczny, ciasny i brzydki obiekt nie miał prawa istnieć. Cóż. To, że tak szybko zaszedł tak daleko, każe jeszcze niżej ukłonić się polskiemu lobby.