Archiwa tagu: skoki narciarskie

Po Ammannie zostanie pogorzelisko

Simon Ammann nie spełnił minimum i przed igrzyskami olimpijskimi w Pjongczangu wypadł z najwyższego progu szkolenia w Swiss Ski. Ale w ojczyźnie legendarnego skoczka jest więcej kłopotów. Brakuje juniorów, brakuje wyników, nadziei, imprez i skoczni. Jakby to była umierająca dyscyplina.

Zimowy symbol olimpizmu zajął ostatniej zimy 29. miejsce w Pucharze Świata i po raz pierwszy od 2002 roku spadł do niższej kadry. W tej, nazywanej na wyrost kadrą „A”, nie ma ani potencjału, ani wielkich nadziei.

- Jeśli Simon chciał być w pierwszym bloku szkolenia, powinien być co najmniej 25. Zabrakło mu niewiele, poza tym od kogoś takiego oczekujemy trochę więcej. To jest powód, dla którego musiał zostać zdegradowany – tłumaczył na łamach „Blick am Abend” szef skoków i kombinacji w Swiss Ski Berni Schoedler. Działacz, a wcześniej trenerski ojciec sukcesów Ammanna, zapewnił, że decyzja nie będzie miała konsekwencji. Skoczek zachowa prawo startu w Pucharze Świata, miano lidera ekipy i budżet na przygotowania. Mimo to środowisko odebrało to jako akt symboliczny.

- Nie chcę być jak Noriaki Kasai i skakać tak długo. Ale chciałbym mieć formę jak on. Ciężko pracuję, żeby nie okazało się, że ostatnie słowo w sporcie mam już za sobą – mówił, tłumacząc ostatniej zimy decyzję o rezygnacji z występów w PŚ i wizytę na Pucharze Kontynentalnym. Tam, w fatalnie kojarzonym z powodu upadku Bischofshofen, próbował się odbudować, ale w elicie nadal pozostawał tłem. Od listopada do marca ani razu nie był w dziesiątce zawodów. Ostatnią tak fatalną passę zaliczył 16 lat temu!

Jak pewnego razu usłyszałem pocztą pantoflową, mistrz miał o swojej karierze powiedzieć, że „nie kończy, bo szkoda mu jego kraju”. – Mam co robić w kolejnych latach, bo wraz z Martinem Schmittem prowadzimy agencję sportową. Ale jeśli odejdę, nie zostanie po mnie prawie nic – szczerze przyznawał. Z całym szacunkiem dla jego kolegów z kadry, ale 36-latek ma rację. Chociaż od igrzysk w Soczi w każdym kolejnym sezonie lądował coraz bliżej, i tak pozostawał najwyżej sklasyfikowanym reprezentantem Szwajcarii. Następny w „generalce” rodak – Gregor Deschwanden – kończył 27. 39. i 64. Czyli coraz gorzej.

Generalnie szwajcarska zima nie ma się źle, bo zarówno w narciarstwie alpejskim, biegach czy na lodzie ich zawodnicy stanowią czołówkę. Ale co w tym dziwnego, skoro aż 60 procent obszaru to Alpy. Ze skokami się jednak nie polubiono. Obiekty im. mistrza świata z 2009 roku Andreasa Kuettela w Einsiedeln nie chcą już nawet organizować Letniego Grand Prix, a wobec nieużywania ich zimą (to samo w sobie jest kuriozalne) była to najważniejsza impreza w tym miejscu. Jeszcze gorzej jest w St. Moritz. Gospodarz igrzysk olimpijskich z 1928 i 1948 roku przystąpił do modernizacji skoczni, po czym mieszkańcy przegłosowali, by zaprzestać robót. Bo pieniądze, które miasto miało na nie przeznaczyć, woleli przeznaczyć na trasy zjazdowe.

Obok świątyni szwajcarskich skoków w Engelbergu cokolwiek dzieje się tylko w Kanderstegu. Miejscowość po mękach doczekała się kompleksu obiektów dla juniorów, które następnej zimy awaryjnie zorganizują mistrzostwa świata juniorów. W 2026 roku – jeżeli Sion otrzyma prawo do organizacji igrzysk – Kandersteg będzie jednym z gospodarzy-partnerów i wygląda na to, że tylko tam na poważnie rozwija się obecnie szkolenie następców Ammanna i Kuettela. Bo w Engelbergu sprawna jest tylko duża Titlis, ale latem zamiast igelitu pokrywa ją trawa.

Wracając do szkolenia juniorów… efektów nie widać. Na zapleczu Pucharu Świata najlepszym reprezentantem Szwajcarii był po dwóch ledwie występach… Simon Ammann. W trzeciej lidze nie wprowadzili nikogo do czołowej czterdziestki. Igrzyska dla Sionu to dla Szwajcarii ostatnia szansa na rozwój, o ile do momentu głosowania w MKOl cokolwiek jeszcze będzie do rozwijania.

Co nie wyszło cudotwórcy

Zwycięstwem w Pucharze Narodów i Turnieju Czterech Skoczni, mistrzostwem świata drużyny i brązem Piotra Żyły, odblokowaniem Macieja Kota i generalnym remontem Kamila Stocha Stefan Horngacher wjechał do Polski na białym koniu. Ale efekty pracy Austriaka nie są tak spektakularne, jak chcemy je widzieć. Nie wszystko udało się tak, jak hucznie zapowiadano.

Sezon jak marzenie. Polacy najlepsi na świecie. Kamil Stoch przebił Adama Małysza. Stefan Horngacher jest cudotwórcą. Takie opinie po sezonie 2016/17 Pucharu Świata w skokach narciarskich były normą. Ale gdy przyjrzeć się uważnie, okazuje się, że nie wszystko na polskim podwórku działało jak należy. Pod stertą sukcesów zalegają sprawy, których nie rozwiązano wcale lub wyszło na to, że jest z nimi gorzej niż było. Polska nie jest jeszcze taką potęgą dyscypliny, jaką od listopada do marca z rozmachem namalowano.

Gdzie nam jeszcze do Austriaków

Zwycięstwo w klasyfikacji generalnej Pucharu Narodów jest sukcesem historycznym – jak najbardziej. Ale nie było żadnym pogromem, jak sugerowały media i koniecznie chcieli słyszeć kibice. I chociaż tuzin wywiadów godnych tytułu „ja chcę tylko dobrze wykonać swoją pracę” zmieniły dyscyplinę z ekscytującej w transmisje powiatowych eliminacji turnieju zbierania porzeczek, pokora, którą do znudzenia epatował m.in. Stoch i Dawid Kubacki, zasługuje na szacunek. W Planicy, gdzie kończył się sezon, biało-czerwoni uzyskali drużynowo 247 punktów przewagi nad Austrią. To ledwie 4,23% ich łącznej zdobyczy. Continue reading Co nie wyszło cudotwórcy

Rewolucja na skoczni, a my będziemy się tylko przyglądać

Od sezonu 2017/18 w Pucharze Świata kobiet będą odbywały się konkursy drużynowe. Największe reprezentacje świata już teraz mają co najmniej cztery zawodniczki na wysokim poziomie. Polki – które mają rzekomo starać się o awans na igrzyska olimpijskie w Pjongczangu – mogą się tylko przyglądać. Przed telewizorem, bo na Puchary Świata nie jeżdżą prawie wcale.

Sezon 2017/18 Pucharu Świata w skokach narciarskich zapowiada się na przełomowy. Mężczyźni po raz pierwszy w historii wystąpią na wszystkich czynnych skoczniach do lotów, po raz pierwszy od 1983 roku nie pojadą do Japonii, a kobiety po raz pierwszy w historii wystartują we własnym seniorskim konkursie drużynowym.

Środowisko jest gotowe

- Skoki kobiet, chociaż nadal bardzo młode, rozwijają się w niewyobrażalnym tempie. Myśleliśmy nad organizacją „drużynówki” już od pewnego czasu. Uważam, że przyszła najwyższa pora, by do nich doprowadzić – mówiła po finale ostatniego sezonu w Oslo pracująca przy żeńskich zawodach Agnieszka Baczkowska. Kontrolerka sprzętu z Polski z najbliższej odległości przygląda się środowisku i – jak stwierdza – widzi coraz mniejsze różnice między tym a męskim.

Baczkowska zdradziła, że chociaż dla kilku reprezentacji byłoby korzystniej przeprowadzić taki konkurs w trzyosobowych składach, większość regularnie startujących państw ma już więcej zawodniczek na międzynarodowym poziomie. – Myślę, że jest co najmniej 10 kadr, które na pewno wystawiłyby drużynę. Tego tak nie widać, jak u mężczyzn, ale skokami kobiet zajmuje się naprawdę wiele państw. Są takie, gdzie panie cieszą się zresztą większym zainteresowaniem i prezentują wyższy poziom, m.in. Rumunia czy Stany Zjednoczone. Nawet Kanadyjki miałyby cztery chętne do skakania. Nie ma więc żadnych przeszkód, by dłużej z tym czekać, zwłaszcza że trenerzy i działacze od jakiegoś czasu wypytują FIS o taki format – zdradzała.

Kraje, w których poważnie traktowane są skoki narciarskie kobiet to: Japonia, USA, Rosja, Włochy, Słowenia, Kanada, Niemcy, Norwegia, Austria i Francja i Finlandia. Ogółem 10, do tego w Pucharze Narodów sklasyfikowano 4 o trochę niższym potencjale: Czechy, Rumunię, Chiny i Koreę Południową, której jedyna zawodniczka zdobyła w sezonie PŚ 2016/17 jeden punkt. Dla Finlandii – chociaż sporo – punkty zdobywa zaledwie jedna narciarka. W kolejnych kilku federacjach podjęto się szkolenia i efekty tej pracy będą widoczne za pewien czas. Czyli rozwój trwa.

Polska pogrążona w chaosie

Polska tej zimy nie zdobyła żadnego punktu, chociaż awanse do „trzydziestek” konkursów na kontach swoich karier mają dwie zawodniczki – Kinga Rajda i Magdalena Pałasz. Jak dotąd taka sztuka nie udała się Annie Twardosz (rocznik 2001, uznawana w tej chwili za najbardziej obiecującą skoczkinię nad Wisłą) i Joannie Szwab (nieuznawanej już za obiecującą). Dwudziestolatka wiosną zeszłego roku wypadła ze struktur szkoleniowych PZN i teraz sport traktuje jako dodatek. Poszła do „normalnej” pracy. Wówczas trener Sławomir Hankus tłumaczył, że „albo ktoś jest gotowy reprezentować kraj i ma ambicję bycia najlepszym, albo daje sobie spokój”.

Z trio Pałasz-Rajda-Twardosz (w tej kolejności zostawały powoływane do kadry i w tej samej także zostawały mistrzyniami kraju na igelicie), a nawet Szwab lub którejś z kilkunastu młodszych dziewcząt można skleić drużynę, o ile wreszcie wokół żeńskich skoków w Polsce wytworzy się odpowiednia atmosfera. Na tę chwilę szkolenie przypomina chałupniczą pracę od doskoku do odskoku, w której nie widać ani logiki w zarządzaniu, ani oczekiwanych efektów. Prezes związku narciarskiego Apoloniusz Tajner stwierdził, że zawodniczki nie pojechały na MŚ do Lahti, ponieważ za dużo ważą. Dlaczego więc w porę nie wysłano ich do dietetyka? Powiedział także, że widzi szansę, by wysłać je na igrzyska do Pjongczangu. Dlaczego więc dostrzeżono ją na rok przed imprezą, skoro ranking kwalifikacyjny buduje się od 1 lipca 2016 roku i przy raptem 35 miejscach nie ma już żadnych realnych szans na ich awans? Panie mogły starać się o punkty. Niestety od tego terminu pojechały na zaledwie cztery konkursy najwyższej rangi. W Pucharze Świata – dwa.

Nie wiadomo dokładnie, co nie działa w naszych żeńskich skokach. Nie brakuje opinii, że panie zamiast pokornie trenować, zaczęły „gwiazdorzyć”. Że nie są wystarczająco profesjonalne, ale też, że Hankus nie wszystkim poświęca wystarczająco dużo uwagi, a do tego nie jest najlepszym specjalistą. Z drugiej strony nie można dziwić się jego złości i wyraźnej krytyce, że PZN prawie wcale nie dba o rozwój i odpowiednie warunki dla jego grupy. I coś w tym jest, skoro jeden z bardzo wysoko postawionych pracowników związku nie tak dawno powiedział o skokach kobiet: „To takie sztuczne i na siłę. Kobiety to powinny co innego robić, a nie na nartach skakać.”

Pierwszy konkurs drużynowy w PŚ kobiet odbędzie się w Hinterzarten 16 grudnia. Jeśli obecnie skaczące Polki mają skrócić dystans do świata, ostatni dzwonek, by zacząć gonić, już dawno wybił.