Archiwa tagu: Widzę Londyn

Widzę Londyn #9: Prawdziwy kibic

chelsea

W dni meczowe ruch samochodów od galerii przy Fulham Broadway aż do skrzyżowania z Finborough Road jest zamykany i pilnowany przez policję, prawdopodobnie dlatego, że któregoś razu po bramkach rywali wyszło naraz ze Stamford Bridge tylu kibiców, że zwyczajnie nie pomieścili się na chodniku. Dzisiaj ewakuacja zaczęła się już w 43. minucie, gdy po czerwonej kartce dla Gary’ego Cahilla najpierw Chelsea nadgryzł Sam Vokes, potem Stephen Ward, a tuż przed przerwą ten pierwszy wyprowadził gospodarzom nokaut w samo serce. Ludzie nie wyglądali na wychodzących na przerwę. Szli rozgoryczeni w stronę metra, dopijali piwo i kopali puszki. Z wyjątkiem jednego.

Ubrany w szary dres z klubowym logo człowiek wyglądał tak, jakby też chciał zdążyć na pierwszy gwizdek. Miał sportowe buty, torbę z niebieskimi naszywkami i laskę, bez której nie byłby w stanie pokonać pięciu metrów. Z nią też chodził powoli, tym trudniej, gdy po golu Vokes’a w stawianiu kroków zaczął przeszkadzać mu tłum obrażonych. Żeby nikt nie stratował najlepszego kibica, jego marsz ochraniało kilkoro policjantów. Obrażał się, gdy proponowali pomoc.

Jeśli pierwszego lepszego głupka z szalikiem nazywa się w piłce nożnej kibicem, kim jest ten człowiek z Chelsea?

Widzę Londyn #8: Futbol przodem

Przeciętny Brytyjczyk za nic miał sobie w piątek mistrzostwa świata w lekkoatletyce. A nawet jeśli za coś, to siedząc na trybunach stadionu olimpijskiego jednym okiem śledził to, co dzieje się na bieżni, a drugim – to, co na murawie. Pawła Fajdka i Wojciecha Nowickiego nie zna, reprezentant gospodarzy w rzucie młotem zajął dopiero szóste miejsce (albo aż), więc jedynymi sensownymi murawami 11 sierpnia były dla wyspiarzy te do piłki nożnej.

Ruszyła Premier League. Arsenal – Leicester 4:3. Mecz, z którego warto obejrzeć skrót.

Piłkę nożną czuć w Londynie wszędzie. Poza widzianym zewsząd łukiem stadionu Wembley, przez pamiątki z logami stołecznych klubów, reklamy na słupach, ścianach i pojazdach komunikacji publicznej, zasłuchiwane przypadkiem rozmowy podróżujących. I sklepy fanowskie, których jeden znajduje się na samej arenie MŚ, na co dzień służącej drużynie West Ham United. Trybuna koło skoku o tyczce należy zresztą do Bobby’ego Moore’a, a ta za rzutnią do młotu – do Trevora Brookinga. Obaj to wielkie legendy „Młotów”, nie mylić z młotem, którego historię napisali w tym miejscu biało-czerwoni.

Na koniec mistrzostw lekkoatletyka zdecydowanie ustąpiła jednak miejsca piłce i to o niej w największej części pisały brytyjskie gazety. Chociaż rozdawane przy metrze „Evening Standard” i „Metro” zajmują się raczej tematami niskich lotów (jeden z artykułów poświęcono niedawno Polce, która ukradła w sklepie ubrania za 1000 funtów, ale zrezygnowano z kary, bo była ładna), jest tam także godny kawałek miejsca na sport. Jako źródło informacji służy kiepsko, za to jako zabijacz czasu – znakomicie. A w popołudniowym „peaku” sięgają po nie niemal wszyscy. Jak ktoś nie zdąży, bo się spieszy, egzemplarze przekazywane są z rąk do rąk, albo czasami anonimowo – za pośrednictwem wielofunkcyjnej półeczki za fotelami. Statystyki czytelnictwa w Wielkiej Brytanii są zdumiewające. Badania NRS z marca 2017 roku wskazują, że po każdy z trójki „The Sun”, „Daily Mail” i „Metro” sięga średnio po 10 mln ludzi miesięcznie. U nas podobny poziom trzyma tylko „Fakt”, ale jego czytelnictwo to i tak prawie połowa mniej.

W linii centralnej londyńskiego metra między jednymi a drugimi drzwiami mieści się dziesięć miejsc siedzących. Z nudnej dwudniowej statystyki wynikło, że zwykle co najmniej pięć osób z podróżujących na fotelach w godzinach szczytu trzymało w rękach coś do czytania. Zwróciłem uwagę, bo wcześniej taką samą wyliczankę zrobiłem w Warszawie. Tam też za każdym razem bywała połowa z dwunastu osób, ale zamiast gazet liczyłem gapiących się w ekrany telefonów. Dobranoc.

Widzę Londyn #7: Media Race

20795206_1599060860133477_1520592348_o - Kopia

Kończy się krótka rozmowa spikera z facetem, który wygrał poprzednią serię biegu. Teraz ja. Po czterdziestominutowej, porządnej jak na obecny stan organizmu rozgrzewce została chwila na ostatnie klepnięcie w uda, skip i skłon głowy do kolan. Dalej umiem dotknąć dłońmi tartanu, co w szkole było warunkiem na piątkę. Czyli nieźle.

- Heat number twelve, final call, final call – krzyczy sędzia. Zaczyna się prezentacja. Ktoś z boku motywuje po polsku, że będzie nieźle, ale stojąc na trzecim torze, gapię się na telebimim, który zaraz pokaże, jak będę wyglądał w przekazie telewizyjnym do ponad stu państw świata. Wyświetla się nazwisko, numer, flaga; zaraz potem strzela starter.

Oczywiście tym razem nie ma przekazu do żadnego państwa świata. To bieg na 800 metrów na stadionie olimpijskim w Londynie (tym samym, który pięć lat temu widział na tym dystansie rekord świata Davida Rudishy), ale dla dziennikarzy. Pierwszy łuk w 18 sekund. Za ostrożnie. Koło w 78, przed ostatnią prostą czas już znacznie przekracza 120, za to utrzymuję tempo i atakuję z dalszego miejsca, mijając wyrywnego kolegę w bordowej koszulce. Czas na finiszu – 2:33,55. Kenijczyk, który przez samo pochodzenie budził respekt na liście zgłoszeń, został daleko i chyba wcale nie dobiegł do mety. Czuję się super – dziura w płucach, gile w nosie i beton w mięśniach, które wieczorem siódmy dzień z rzędu zmuszą do wbiegania i zbiegania po schodach stadionu. Trwa szybkie odejmowanie, z którego wynika, że gdyby stanąć tu w 2012 roku w jednej linii z Rudishą, miałby nade mną 53,36 sekundy zapasu. Kilkanaście więcej i przez zdublowanie rekordowy finisz obejrzałbym z bliska.

- Such a cool event to see what they see, huh? – zaczepia jakiś uśmiechnięty Azjata, prowokując kilkanaście minut rozmowy o sporcie. Siedzimy oparci o murek i wyobrażamy sobie, jak by to było, gdyby wejść tu wieczorem, gdyby na taki bieg patrzyło 60 tysięcy ludzi, a przekaz faktycznie trafiał dalej niż na telebim. Wzrok jeździ po stadionie. Pauza, po tym ciągnie: – Do dziennikarstwa sportowego nie trafia się z sali do chemii. Jak byliśmy mali, każdy chciał biegać, skakać, albo robić cokolwiek, żeby być legendarnym. I podkładał kolegom nogi, jak chcieli cię wyprzedzić. Dziennikarstwo to taki zamiennik. Fajne, ale jak robisz zdjęcia albo opisujesz sportowców, nigdy w głowie nie przestaniesz widzieć między nimi siebie – rozmarzył się, prawdopodobnie mrużąc oczy.

Azjata zmusił do wspomnień. Pierwsze? Rok 2009 i OOM w Krakowie, gdzie skakałem w eliminacjach skoku o tyczce i zatrzymałem się na 3,60 m. W finale, który oglądałem z trybun, Piotrek Lisek wywalczył brąz. Obaj wyrównaliśmy życiówki, ale on na 4,40.

Wkrótce potem wiedziałem już, że jeśli mam pojechać na jakieś mistrzostwa, to na pewno nie w roli sportowca. Osiem lat później spotykamy się w tym samym miejscu, ale w mix zonie po dwóch stronach barierki. Azjata ma rację, że to zamiennik, bo wystarczy popytać po trybunie prasowej, a okaże się, że prawie każdy coś biegał, czymś rzucał, przez coś skakał albo w coś grał. Mimo to – niezależnie od miejsca przy barierce – dalej coś dla tego sportu robimy. Lepiej albo gorzej, ale robimy.