Archiwa tagu: wisła

Nie można wskazać na Andrzeja W. i po prostu go skreślić

Jeden z najwyżej postawionych działaczy PZN Andrzej W. został oskarżony o zbrodnie komunistyczne przeciwko narodowi polskiemu i odpowie przed sądem. Ale nie wolno oceniać go jednoznacznie i zapomnieć o dokonaniach w narciarstwie. 

Młode pokolenie, do którego należę, dożyło czasów, w których sporo rozumie, ale nadal mało wie. Mało, bo urodziło się po „Solidarności” i obradach Okrągłego Stołu; nie strajkowało, nie stało w kolejkach po mięso, nie żyło w ustawicznej obawie o święty spokój. Nie musiało na nikogo donosić, nikogo sprzedawać, a potem patrzeć mu w oczy i udawać przyjaciela. Po zmianach w armii nie musiało iść nawet obowiązkowo do wojska. Wchodząc w dorosłość – o ile jako gówniarze nie kradliśmy torebek albo telefonów z lombardu – mamy czyste karty. Możemy sobie układać życie jak chcemy i o ile nie złamiemy prawa, nikt za dwadzieścia-trzydzieści lat nie powinien nam niczego wypomnieć.

I teraz jako dorośli ludzie dowiadujemy się, że nie zawsze tak było.

Polacy z półtora pokolenia wyżej, tzn. ludzie w wieku 55-60 lat i więcej, musieli i muszą się z tym wszystkim mierzyć. Fobia wobec towarzyszy, kapusiów i komunistycznych gnid jest dzisiaj tak duża, że – opowiadała mi to mama – z pracy w instytucjach państwowych usuwa się teraz prawie wszystkich „naznaczonych” komunizmem. Młode pokolenie widzi, że trwają czystki – lustracje, teczki, IPN i wskazywanie palcem. Usuwanie, a raczej plewienie, bo przecież chodzi o chwasty. Gorzej, że w jednym szeregu z wybitnymi zdrajcami społeczeństwa stawia się ponoć nawet portierów, kierowców albo naukowców, którzy przed 1989 rokiem pobierali „czerwone pieniądze”.

Jeżeli oskarżenia prokuratury wobec W. potwierdzi wyrok sądowy, trudno będzie sklasyfikować go jako pokrzywdzonego przez opinię publiczną, bo okazałoby się, że to on krzywdził innych. I to wyjątkowo bezczelnie. Tylko że w sprawie rozliczania go za przykrą przeszłość jest drugie dno. Były szef komitetu organizacyjnego Pucharu Świata w skokach narciarskich w Wiśle w nowych czasach zajął się pracą na rzecz sportu. Jako pracownik związku narciarskiego był przy przy budowie nowej skoczni w Malince, a potem poświęcił się jej rozwojowi. Na swoim stanowisku był barwny, ale nie można mu odmówić gigantycznego wkładu w rozwój tej dyscypliny w naszym kraju. Unikając podziału procentowego, kto i jak dużo zrobił dla ściągnięcia w Beskidy inauguracji PŚ w sezonie olimpijskim, w ciemno zakładam, że W. był w tym rankingu jednym z liderów. Jego rezygnacja w tym momencie to dla środowiska strata.

Od 2013 roku, bo wtedy Puchar Świata zagościł tam po raz pierwszy, przeszła długą drogę. Były żółte kartki od FIS, ostrzeżenia i sugestie zmian. Wszystkich dokonywano błyskawicznie. Impreza rozwinęła się do tego stopnia, że najwyżej postawieni ludzie w międzynarodowej federacji mówią dziś, że gdyby skocznia mogła pomieścić normalną liczbę kibiców, nie zostając zgwałcona fatalnym projektem trybun (to akurat moja opinia), pod każdym względem prześcignęłaby tę w Zakopanem. AW żył nartami. Gdy się do niego dzwoniło, opowiadał tak ciekawie, że z pobocznych wątków rozmów można by napisać kilka kolejnych tekstów. W ostatnich miesiącach prawie zamieszkał na skoczni, żeby w dniach 17-19 listopada opinia publiczna mogła o zawodach powiedzieć: „brawo, daliście radę”.

Dlatego jeżeli ktoś chce teraz na niego pokazywać palcem i wyzywać od najgorszych (warto z tym jednak poczekać na rozwój wydarzeń), niech przynajmniej podzieli jego życiorys na ten z PRL i ten z czasów pracy dla polskiego sportu. Bo mocno ze sobą kontrastują.

Koszmar architektury dopchał się na salony

Historia Wisły jako gospodarza zawodów Pucharu Świata przypomina bajkę o kopciuszku. Niby miasto o sporych tradycjach w skokach narciarskich (na jego terenie mogło istnieć w przeszłości nawet trzydzieści skoczni!), niby z mocnym klubem i wychowankami obwieszonymi medalami najważniejszych imprez, niby o dużym potencjale turystycznym. W miarę ładne, nie najbiedniejsze, z ambicją zaistnienia w świadomości społecznej jako to, gdzie się dzieje. Mimo to do 2016 roku funkcjonowało jako ubogi krewny Zakopanego. To tam był benefis i wielkie zwycięstwa obywatela Wisły Adama Małysza, to tam od zawsze kibice zatracali się w przyklejonych do Krupówek lokalach, podczas gdy z Wisły – jak szybko do niej przyjechali – wracali do domu, nie zostając nawet na kolację. Rodzinne miasto Małysza dostawała od komisji kalendarzowej ochłap. Jeden konkurs w środku tygodnia, w dodatku po pierwszym – w 2013 roku – nie uwzględniono go w tzw. „drafcie” na kolejną zimę, tłumacząc, że nie wypadło tak, jak oczekiwali tego w FIS. Beskidy przetrzymały krytykę, wpompowały w organizację odpowiednio dużo pieniędzy i zaangażowania, aż wreszcie dostały w nagrodę imprezę, na którą na dłużej niż półtorej godziny zerknie narciarski świat. Wisła to kopciuszek, bo startowała z pozycji głodnego psa zjadającego zrzucane mu ze stołu kąski. Kopciuszek, bo zdaniem wielu bardziej na ten prestiż zasługiwało Zakopane.

Ale w Wiśle – w przeciwieństwie do Zakopanego – skocznia i generalnie sport to oczko w głowie. Dzięki umowie dzierżawy z PZN na obiekt za darmo wchodzą wszyscy zainteresowani treningiem Polacy. Nie ma corocznych cyrków z wynajęciem obiektu od COS, bo upraszczając, związek jest po prostu u siebie. Nie ma problemów z odrywającym się igelitem, nie ma problemu z rozróżnieniem roli skoczni jako atrakcji dla turystów od funkcji areny sportowej. Jest się nią komu opiekować. Po początkowych uwagach od FIS teraz Beskidy zwykle wskazywane są światu jako przykład. Jak gdzieś była amatorka, to za rok już jej nie będzie. Jak nie było przez lata dobrego dojazdu, to w trybie ekspresowym teraz układa się projekt budowy odpowiedniej szerokości chodnika. Inauguracja to nagroda, o której dyrektor PŚ Walter Hofer – jeszcze jak miała miejsce w Klingenthal – mówił, że po Turnieju Czterech Skoczni i finale w Planicy jest najważniejszym momentem sezonu.

***

Jak ważne muszą być w Polsce skoki narciarskie, że minister sportu nalewa z pustego i jeśli trzeba – daje gwarancję dofinansowania instalacji całorocznych torów najazdowych? Ważne. Tak samo jak my powoli stajemy się ważni na świecie. FIS wie, że po Niemczech jesteśmy drugim najważniejszym rynkiem „zbytu” i kompletnie nie dziwi, że Walter Hofer dużo wcześniej przed ostatnim spotkaniem komisji za kulisami rozmów złożył Polsce obietnicę. To już nie są lata, że Zakopane starające się o mistrzostwa świata otrzymuje okrągłe zero głosów. Strach pomyśleć, co byłoby, gdyby wizjoner Apoloniusz Tajner (mówił o możliwej inauguracji PŚ już dwa lata temu, tyle że w Szczyrku) do końca doprowadził pomysł skakania na Stadionie Narodowym.

Nie mogę się jednak powstrzymać. Skoro inaugurację sezonu organizuje się w Wiśle, gdzie tak łatwo przychodzi organizatorom załatwianie dotacji i budowanie chodników, dlaczego po tylu latach od otwarcia architektonicznej makabryły nie uratowano jej choćby budową ukośnej trybuny wzdłuż zeskoku? Głupio będzie znowu Andrzejowi Wąsowiczowi i spółce wieszać wzdłuż płotu nieprzezroczystą szmatę i chronić skocznię przed oczami tych, którzy nie załapali się na jedno z 4 tysięcy miejsc. Czterech tysięcy, czyli nawet mniej niż chodzi na cholernie nudne mecze Śląska Wrocław! A podkreślmy to może raz jeszcze, że rozmawiamy o inauguracji olimpijskiego sezonu PŚ. W takim kraju jak Polska równie nieużyteczny, ciasny i brzydki obiekt nie miał prawa istnieć. Cóż. To, że tak szybko zaszedł tak daleko, każe jeszcze niżej ukłonić się polskiemu lobby.

Szczyrk został na lodzie. Nie szkodzi

Szczyrk ma pecha, ale szczęście ma nie tylko Wisła. Zyskają też kibice, skoczkowie i Polska.

Działacz PZN Andrzej Wąsowicz informuje z kongresu FIS w Warnie, że o rezygnacji z organizacji zawodów w Szczyrku zdecydowały opinie trenerów zagranicznych. Szkoleniowcy sygnalizowali, że w tym okresie liczba planowanych konkursów jest zbyt duża i niezbędne byłyby przerwy w startach dla największych gwiazd cyklu. To właśnie dało obradującym do myślenia i szybko zaproponowano nową alternatywę. Szczęśliwie złożyło się, że Niemcom zależało na przenosinach konkursów w Willingen na początek stycznia, więc powstała luka w weekend 4-5 marca 2016 roku. I w to właśnie miejsce wskoczyła skocznia im. Adama Małysza.

- Walter Hofer osobiście namawiał nas do takich przenosin, na co szybko przystanęliśmy. W FIS chwalą naszą pracę i organizację zawodów, nasza pozycja z każdym rokiem jest coraz silniejsza, więc na szczęście nie doszło do sytuacji, w której coś by nam odebrano i nie dano nic w zamian – szuka pozytywów decyzji Andrzej Wąsowicz. A szukanie trudne nie jest, bo plusów jest znacznie więcej.

I chociaż Szczyrk może mówić o sporym pechu i czuć się pokrzywdzony, korzystne dla Polski są aspekty ekonomiczne i sportowe takiego obrotu spraw. Do przygotowania bowiem będzie o jedna skocznia mniej i o wiele łatwiej będzie pozyskać atrakcyjnych sponsorów. Kibice też zyskają. Dzięki dużemu przerwie dzielącej zawody w Zakopanem i Wiśle znikną kłopoty z transportem między miejscowościami i odwieczny dylemat brania urlopów i pytania, które miejsce wybrać. Ten sam kibic bez problemu uzbiera pieniądze na wycieczkę i w Tatry, i w Beskidy, a dodatkowo zyska komfort logistyczny i o jeden konkurs indywidualny więcej. To w zasadzie zaleta również dla samych zawodników. Znający na pamięć obiekt w Malince narciarze Łukasza Kruczka będą mieli niepowtarzalną okazję, by w ostatniej części sezonu podreperować dorobki punktowe i być może zawalczyć o niezłe lokaty w generalce. W grze jest bowiem nie tylko wygrana w PŚ lub miejsce w czołowej dziesiątce. Najlepsza trzydziestka ma przecież prawo do pożegnania zimy w ostatnim konkursie na słoweńskiej Letalnicy. A to przyjemność podobno niebiańska.