Archiwa tagu: zakopane

Krzyk Muncha, fiordy i namiot na Holmenkollen

W Zakopanem było średnio, w Willingen przyzwoicie, a w Lahti – dobrze. Teraz siedzę w drewnianym domku na zboczu fiordu i słucham, że właścicielem posiadłości jest facet, który przehandlował „Krzyk” Edwarda Muncha. Od jutra ma być tu jeszcze weselej.

Po styczniowej minipodróży na skoki narciarskie do Zakopanego (20.1) nie czułem wiele satysfakcji z jej odbycia. Towarzyszyli mi wprawdzie moi bliscy znajomi, widzieliśmy świetne stare skocznie, co w sobotę skończyło się herbatą u pana Matei i podobno nawet udanym reportażem. Ale klimat tego miasta nie jest w żaden sposób wyjątkowy. Regionu Podhala – trochę. Tydzień później (27.1) odwiedziłem w Niemczech pasjonata skoków Luisa Holucha, z którym przez dwa dni jeździliśmy na skoki do Willingen. Było wspaniale pod względem sportowym, drużynówkę wygrała horngacherowa Polska, a brak armii naszych dziennikarzy powodował, że mieliśmy z ekipą skijumping.pl komfortowy dostęp do zawodników. Co więcej, w sobotę wieczorem (soboty to chyba dobry dzień na przygody) poszliśmy na dziwaczne „pępkowe” organizowane na stadionie Arminii Bielefeld. Tam dowiedziałem się, że Tomasz Hołota gra nieźle, ale to nie to samo, co wyprawiał przed laty „König Artur”, jak nawet po latach nazywają tam na Wichniarka. Generalnie: Niemcy za sprawą kilku małych wydarzeń i towarzyszącej mi Pauli były przyzwoite.

Po dwutygodniowej przerwie nadszedł czas na szybkie narty w Szklarskiej Porębie i wyjazd (21.2) do Lahti. Tydzień spędzony na mistrzostwach świata był lepszy niż dwa, które na mistrzostwach świata spędziłem dwa lata temu w Falun. Nie byłem tym razem sam, a z ciekawymi ludźmi; coś tam napisałem, coś tam zobaczyłem, porozmawiałem (m.in. z najnudniejszym do wywiadów człowiekiem świata –Hannu Lepistö) i drugi rok z rzędu utwierdziłem się w przekonaniu, że Finlandia to kraj, w którym mógłbym mieszkać. Nawet, jeśli jedyny czas na wyjście z Salpausselki lub domu do miasta to czas jedzenia w jednym z dziesiątek tego typu barów ponad półmetrowego kebaba (będąc w tym kraju – musicie!). Jakoś przeproszę tatę, że nie kupiłem mu obiecanego magnesika na lodówkę. Zresztą i tak nie ma już na niej miejsca.

Z Lahti zapamiętam jednak niedosyt. W czwartek – dzień pierwszego z dwóch naszych medali w tych MŚ – wyjeżdżałem do Polski. Plan był skomplikowany, ale celem była praca spikerska podczas 41. Biegu Piastów. Najpierw wsiadłem w autobus do Turku, potem w samolot do Gdańska, pociąg do Wrocławia i samochód do Szklarskiej Poręby. Historie zabranego autostopowicza lepiej niech zostaną w samochodzie. Te z Biegu Piastów są warte opowiedzenia, ale pewnie bardziej, gdybym sam mógł obok Justyny Kowalczyk pobiec, a nie tylko zapowiadać przez głośniki, że ta wchodzi właśnie na podium. W niedzielę (5.03) od razu po Biegu Piastów wsiadłem w pociąg do Warszawy. Zdałem dwa zaległe egzaminy i ruszyłem dalej. Po raz pierwszy czując, że tym razem to będzie wycieczka przez duże W.

***

Siadam do komputera na dzień przed Holmenkollen Ski Fest – jednym z najbardziej dzikich i nieopisywalnie pięknych wydarzeń sportowych na świecie. Planuję pracę na weekend, zbieram materiały do reportażu o koczowaniu przy trasach w ramach odwiecznego prawa „allemannaretten”, a jak mi się nudzi, podjadam słynny karmelowy Gudbrandsdalsost albo na chwilę zaczynam grać na gitarze. Trochę się niesie – drewniany piętrowy domek ma powierzchnię niespełna 40 metrów kwadratowych i gdy Zbyszek (lokator) schodzi po schodach, na dole chodzi cała podłoga. W jednym z podobnych domów w Hvitsten Edward Munch namalował „Alma Mater” i przez lata przechowywał swój słynny „Krzyk”. Od miejsca, gdzie siedzę – dokładnie za płotem. Właściciel tej posiadłości, biznesmen Petter Olsen, sprzedał arcydzieło starszego kolegi dopiero w 2012 roku. Miał płótno dlatego, że z Munchem dobrze kojarzył się jego ojciec. Pan Fred 202 lata temu założył tu firmę transportową. Brat Pettera (też Fred) kontynuuje te tradycje, rozwijając firmę, która postawiła na nogi całą krajową gospodarkę. Prywatnie jest kolegą króla.

Ale okolice Hvitsten to dom nie tylko łebskich biznesmenów i artystów. Zbyszkowi przypomniało się na przykład, że pół godziny drogi stąd mieszka Heidi Weng (i jej mama, która nie ma sobie równych w biegach górskich), a kilka domów dalej Hans Hinterholzer – 94-letni Austriak, uczestnik igrzysk w St. Moritz i właściciel patentów narciarskich, których łączną stertę trudno byłoby chwycić jedną dłonią. Z tuzinów wynalazków warto zapamiętać dwa: uginające się tyczki slalomowe i odpinane wiązania nart zjazdowych, które opracował, gdy któregoś razu jego syn połamał na stoku obie nogi.

Jestem tu od trzech godzin i tyle wystarczyło, by plan mojego reportażu o koczujących kibicach na Holmenkollen trochę się zdeaktualizował. Wyszło na to, że do norweskich namiociarzy pójdę na trochę dłużej, bo w piątek lub sobotę rozłożymy się tam z własnym.

Wielka Krokiew ma pięć rekordów

Pięć rekordów i co najmniej siedmiu rekordzistów – to zawiłe statystyki największej polskiej skoczni narciarskiej.

Kibice przeglądający oficjalne protokoły z międzynarodowych zawodów rozgrywanych na Wielkiej Krokwi mogą być zaskoczeni, że pomimo iż Kamil Stoch wiosną 2015 roku wylądował tam skok na rekordowe 141,5 metra, statystycy Międzynarodowej Federacji Narciarskiej (FIS) nadal operują wynikiem o metr krótszym, którym pięć lat wcześniej popisał się Simon Ammann. Szwajcar teoretycznie już wtedy nie mógłby być uznawany za rekordzistę, dlatego że 141,5 metra – tyle samo co niedawno Stoch – w 2005 roku udało się skoczyć Jusze-Mattiemu Ruuskanenowi. Co więcej, w środowisku uznaje się, że każda ingerencja w profil skoczni oznacza anulację wyników i notowanie ich od nowa, więc jeśli wziąć pod uwagę ostatnią modernizację rozbiegu obiektu (a powinno się, choć taka sytuacja jak pod Tatrami ma miejsce po raz pierwszy w historii), jedynym słusznym jego rekordzistą jest Maciej Kot. Zakopiańczyk 26 grudnia zeszłego roku popisał się lotem na 139. metr i statystyków dyscypliny przyprawił o ból głowy. O co w tym wszystkim chodzi?

W rozwikłaniu zagadki ani trochę nie pomaga odwołanie się do przepisów. Dokument z międzynarodowymi zasadami rozgrywania zawodów (ICR) nie reguluje kwestii w żadnym z punktów, zastrzegając jedynie, że zabronione jest nagradzanie autorów najdłuższych lotów.

- FIS obawia się niebezpiecznej dla zdrowia zawodników „pogoni za rekordami”. Jednak znając zachowawczość Waltera Hofera, nie spodziewałbym się, żeby dopuszczano do tak skrajnych sytuacji – uważa Mikołaj Szuszkiewicz ze skokipolska.pl. I zauważa, że dotyczy to zarówno skoczni dużych lub mniejszych, jak też do lotów, chociaż na „mamutach” liczenie i tak jest dużo prostsze – w Planicy, Harrachovie, Bad Mitterndorf, Vikersund i Oberstdorfie uznaje się każdy skok, niezależnie od rangi i obecności sędziów orzekających styl i to nawet, gdy anuluje się trwającą serię. Wszędzie indziej obecność sędziów ma kluczowe znaczenie, do tego stopnia, iż może dochodzić do absurdów. – Gdyby w kwalifikacjach rekordową odległość osiągnął skoczek niemuszący się kwalifikować (czołowa dziesiątka skacze w tej serii bez sędziów – przyp.red.), wynik wpisano by mimo braku oceny sędziów. Ale w treningach też sędziowie nie oceniają, a rekordów już się nie uznaje – tłumaczy sędzia międzynarodowy Marek Siderek. I dodaje: tak, to wszystko bardzo dyskusyjne.

Oprócz rekordu z Pucharu Świata, z innych imprez i po przebudowie, w Zakopanem zanotowano też rekordy letnie. Wynik 139,5 metra osiągnęło tam trzech skoczków: Daniel Forfang, Adam Małysz i Adam Ruda. Dwaj pierwsi zrobili to w Letnim Grand Prix, ale młody Polak w sierpniu 2013 roku rywalizował w zawodach niższej rangi. Jak się okazuje, na igelicie tak szczegółowego rozróżnienia nie ma, choć FIS w protokołach zawodów i tak podaje „Grand Prix rekord”. Mimo to serwis skisprungschanzen.com dla Wielkiej Krokwi przyjął jeden mianownik. Dwa kolejne rezultaty skocznia zyskałaby po letnich i zimowych zawodach kobiet oraz kolejne dwa, gdyby w „księgach rekordów” uwzględniano wyniki z treningów. Wbrew obecnym przepisom środowisko skoków narciarskich testuje czasami format „kto najdalej”. Zabawa „najdłuższy ustany” (eng. longest standing) odbywa się po oficjalnych zawodach na większości skoczni amerykańskich.

- Byłem świadkiem sytuacji, po której FIS zdecydowała o rozdzieleniu rekordów PŚ i LGP od reszty. Komisja ds. skoków narciarskich zebrała się na obrady kilka dni po tym, gdy pewnego razu w Pucharze Kontynentalnym na K 125 w Harrachovie Martin Koch wylądował niewiarygodne 151 metrów. Organizator tamtych zawodów zadzwonił do Waltera Hofera z prośbą o zatwierdzenie rezultatu, ale ten mu odmówił. Czy słusznie? Proszę spojrzeć – na przebudowanym profilu w Zakopanem rekordzistą powinien być Kot, ale pierwszy oficjalny skok Pucharu Świata przyniesie następnego rekordzistę, de facto pierwszego. To temat rzeka – przyznał Siderek. Wbrew temu, co mówi, w piątek rano FIS opublikowała listę startową kwalifikacji. Wyniku Ammanna nie anulowano…

A co, gdyby do grona rekordzistów zaliczyć jeszcze ustany, ale podparty skok Klemensa Murańki na 144. metr? Oczywiście zgodnie z przepisami FIS skok podparty nie może zostać uznany za skok rekordowy, ale regulacje te nie przeszkodziły w 2001 roku zaliczyć Małyszowi 151,5 m na Muhlenkopfschanze czy 138 metrów na Bergisel Michaelowi Hayboeckowi (2015). Przykładów takiego braku skrupulatności jest niestety więcej.

Rekordziści Wielkiej Krokwi (stan na 19.01.2017):
Oficjalny – 140,5 m – Simon Ammann (Szwajcaria) – 23.01.2010 – Puchar Świata
Oficjalny zimowy – 141,5 m – Kamil Stoch (Polska) – 24.03.2015 – Mistrzostwa Polski
Oficjalny po przebudowie – 139 m – Maciej Kot (Polska) – 26.12.2016 – Mistrzostwa Polski
ex aexuo – 141,5 m – Juha-Matti Ruuskanen (Finlandia) – 11.03.2005 – Puchar Kontynentalny
Oficjalny letni – 139,5 m – Daniel Forfang (Norwegia) – 05.09.2004 – Letnie Grand Prix
ex aexuo – 139,5 m – Adam Małysz (Polska) – 25.08.2007 – Letnie Grand Prix
ex aexuo – 139,5 m – Adam Ruda (Polska) – 18.08.2013 – FIS Cup

E tam, pewnie nikt nie przyjdzie

Można by tę sprawę opowiedzieć bardzo wyniośle. Że w powietrzu unosił się płacz dzieci wycierających łzy w barki równie rozczarowanych rodziców. Że rodzice stojący przed bramą wykrzykiwali w stronę biednych, niemających na nic wpływu bileterów. Że tłum napierał na wejście i ze spuszczonymi głowami rozszedł się do pensjonatów i domów. I jest w tym ziarno prawdy, chociaż nie byłem na miejscu, temat znam jedynie ze zdjęć i tego, co mówią ludzie. Ci, którzy się bronią, mówią bzdury, a ci zawiedzeni (mowa o kilkusetosobowym tłumie!), przed którymi trzeba zachować twarz, mówiąc, nie szczędzą gorzkich słów. Mają powody.

Mowa o głośnej sprawie niewpuszczenia na trybuny Wielkiej Krokwi kibiców przez niedopatrzenie organizatorów konkursu o mistrzostwo Polski w skokach narciarskich. Centralny Ośrodek Sportu – gospodarz obiektu – pobierał turystyczną opłatę za wstęp na skocznię, dlatego że wynajmujący Krokiew na dzień zawodów Tatrzański Związek Narciarski nie dystrybuował biletów na to wydarzenie. Zapewne zawarto jakiś finansowy, pasujący stronom układ. Tyle że ani jedni, ani drudzy nie pomyśleli nad zgłoszeniem zawodów jako imprezy masowej, ryzykując, że zainteresowanie imprezą będzie mniejsze lub równe ustawowym 999 osobom. Jak się okazało, żadna z organizacji nie dysponuje pracownikiem zdolnym do rzetelnych szacunków atrakcyjności wydarzeń, w wyniku czego kibic numer 1000, 1001, 1002 itd. popisy skoczków oglądał zza płotu. Nakręcone popularnością dyscypliny dziecko mogło więc płakać, a rodzic, który przejechał ileśtam kilometrów, chcąc zrobić dziecku przyjemność, mógł odreagowywać. I postanowić na przykład, że więcej na taką amatorkę do Zakopanego nie przyjedzie.

Jak bywa w takich przypadkach, porażka jest sierotą… Continue reading E tam, pewnie nikt nie przyjdzie