Warszawa miała nie zasnąć. A nawet się nie zbudziła

2007/11/17, Chorzów, Polska 2-0 Belgia

Stadion Śląski był biało-czerwony. Zresztą wszystko tego dnia takie było. Pamiętam jak dziś, że w narodowe barwy przywdziewano balustrady mostów nad autostradą A4, okna autokarów, bagażniki i drzwi wypchanych kibicami osobówek, plecaki, głowy, szyje i dłonie. Do ust przykładano biało-czerwone trąbki, które niezgrabnie wygrywały melodię o dwóch polskich kolorach. Barwy lądowały też na policzkach zmarzniętych dzieci. Moich także.

Mecz jak to mecz – listopad, zimno, śniegu po piszczele. Media z uznaniem opowiadały o ostatnich godzinach przed gwizdkiem, w których dziesiątki żołnierzy i policjantów odkopywało spod białego puchu murawę, 47 tys. krzesełek i przejścia dla kibiców. Ekipa Beenhakkera grała ociężale, bez pomysłu i ze związanymi stresem nogami. Ale gole były.

Czterdziesta piąta, chwilę przed przerwą. Błąd Vertonghena – zbyt lekko podał w kierunku golkipera. Do piłki dopada Smolarek i jest sam na sam z wybiegającym z pola karnego Stijnenem. Rykoszet, pusta bramka, prawa noga, po ziemi, lekko, wpada. Do góry lecą szaliki, nic nie widzę, krzyczę, przytula mnie ojciec. Jesteśmy jedną nogą w Austrii i Szwajcarii.

Czterdziesta dziewiąta. Błaszczykowski zatrzymuje na plecach rywala, obraca się z piłką. Dośrodkowanie, przewrotką wybija Kompany, ale prosto pod nogi jednego z naszych. Strzał, Stijnen wypuszcza piłkę z rąk, Smolarek. Smolarek. Smolarek! Podcięta futbolówka jak w zwolnionym tempie przefruwa nad bramkarzem. A czterdzieści minut później cały Śląski przefruwa wraz z piłkarzami do nowej dla polskiego sportu planety. „Euro nasze!!!” – napiszą jeszcze tego samego dnia na sport.pl Robert Błoński i Dariusz Wołowski. Chociaż trzy wykrzykniki w tytule to i tak za mało. W Chorzowie było ich więcej.

Koniec meczu w tamtą sobotę nie oznaczał końca emocji. Miałem czternaście lat, ale pamiętam jak zdzierałem gardło wraz z kolejnymi grupkami podekscytowanych kibiców. Długo po meczu trybuny stadionu wciąż były pełne, wyjście z sektora w stronę parkingu trwało kilkadziesiąt minut. W tym czasie podskakiwało się, trąbiło, krzyczało imiona i nazwiska piłkarzy, intonowało hymn i te same przyśpiewki, co w Kotle Czarownic. To było fantastyczne, niepowtarzalne, porównywalne może tylko ze zwycięstwami Małysza widzianymi spod skoczni. Byłem wdzięczny tacie, że mogłem stać się częścią sportowej historii kraju. Już na autostradzie zatrzymaliśmy się na chwilę na stacji paliw. Nie było zmiłuj – „Polska, biało-czerwoni”. Ze trzy, może więcej razy. Głośno.

2015/10/11, Warszawa, Polska 2-1 Irlandia

„Hurra? Brawo? Wspaniale? Żadne słowo nie odda tego, co teraz czujemy! Piłkarska reprezentacja Polski pokonała w Warszawie Irlandię 2:1 i zapewniła sobie awans na przyszłoroczne mistrzostwa Europy!” – takim leadem otworzył relację z niedzielnego meczu na Stadionie Narodowym Piotr Kalisz. Dla niego i tych kibiców, którym udało się zdobyć bilety na to spotkanie, ostatnie 90 minut eliminacji do Euro 2016 miało wyjątkowy smak. Wygraliśmy nie tylko po niezłej grze w piłkę, ale też w iście dramatycznych okolicznościach.

Podczas gdy po drugiej stronie Wisły Cüneyt Çakır gwizdał po raz pierwszy, na Nowym Świecie było pusto. Ci, którzy zazwyczaj tędy spacerują, albo siedzieli właśnie w domach, albo w większym gronie w pubach. I czekali. Jak ponad dziesięć milionów Polaków spragnionych powtórki ze Śląskiego. Dwie godziny później sędzia ostatnim gwizdem dał sygnał do świętowania. Do wybuchu euforii, której w Warszawie w zasadzie nie było.

Przy Rondzie de Gaulle’a nie stworzyły klimatu triumfu pojedyncze wrzaski pijaków przebranych w białe i czerwone szmaty. Zamknięty Most Poniatowskiego – owszem – czekał na kibiców, ale tych prawdziwych, stadionowych. Na rzekę radosnych twarzy, tysiące uśmiechów i donośnych okrzyków. Warszawa nie chciała zasypiać po meczu, o którym artykuły przedrukowano w większości krajowych gazet. Szedłem pod prąd, na spotkanie z takimi jak Michał sprzed ośmiu lat.

Ale było cicho. Twarze – zamiast radosne – zmęczone. Gardła – zamiast wrzeszczące – zupełnie nieużywane. Ktoś zgubił szalik. Leży i po nim depczą. Gdzieś w oddali słychać nieśmiałe śpiewy, ale ich wykonawców szybko zniechęcała bierność współmaszerujących. Dali sobie spokój. Do radości motywuje telewizyjna kamera, wokół której grupka fanów robi tło udającemu szczęście dziennikarzowi. Po chwili eksperyment – sami na cztery głosy zaczynamy coś śpiewać. To bezsens.

Wracam na lewy brzeg, chwilę włóczę się po Jerozolimskich, Nowym Świecie, Chmielnej. Głośniejszą od kibiców muzykę intonuje narastający wiatr. Zupełnie jakbyśmy te eliminacje przegrali.

Tylko do Irish Pubu jakoś trudniej było się dostać. W pozostałych miejscach Warszawa spała.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>