Wrocław sportem stoi. Ale bez kibiców

Im więcej, tym lepiej – myślałem kiedyś o rozwoju sportu na terenie danego regionu. Żeby i mocną siatkówkę mieć, i solidnych piłkarzy oklaskiwać, a i szczypiornistów móc czasem obejrzeć. Duże miasta zazwyczaj skazane są na więcej niż jeden ekstraklasowy klub. „Skazane” są na dziesiątki szkółek młodzieżowych, kilka stadionów, hal i mimowolny podział tego systemu na dzielnice. Wiadomo, że nie ma u nas Londynów czy Paryżów, gdzie każde osiedle utożsamia się z innym herbem. Ale mamy aglomeracje na tyle spore, żeby uwydatnił się w nich pewien poważny problem.

Gdyby w stolicy Anglii był raptem jeden zespół występujący w Premier League, na mecze przychodziliby tylko ci mieszkający w pobliżu. Stolica dwupiętrowych autobusów jest na tyle duża, że naturalne było tworzenie się klubów w różnych obszarach miasta: Arsenal gra na północy, ale nie tak na północy, jak gra Tottenham. Chelsea i Fulham to akurat sąsiedzi, choć na północnym zachodzie mają wroga w postaci QPR. Daleki wschód to teren zjednoczonej zachodniej szynk… West Ham United. Południe zaś opanowało Crystal Palace. Ta wyliczanka to tylko wierzchołek góry klubowej. Abstrahując od kwestii ogromnej popularności „kopanej” na wyspach, taki przesyt „rynku” jest w Londynie możliwy głównie z uwagi na ogromną powierzchnię. I ludzie przychodzą.

Na drugim końcu kija znajdują się miejscowości z równie popularnymi klubami, lecz o powierzchni kilkadziesiąt, a nawet kilkaset razy skromniejszej. Mieszka w nich nie dwadzieścia milionów, lecz maksymalnie kilkadziesiąt tysięcy potencjalnych kibiców. Nie ma dzielnicowej dumy, zdeklarowanej odrębności i przesytu barw ukochanej drużyny tylko na konkretnych ulicach. Bo tam całe miasto to tak, jak w Anglii jedno osiedle. Doskonałym przykładem są miasta, które mocno zainwestowały w Polsce w siatkówkę. Leżący na południu kraju Kędzierzyn-Koźle to właśnie jedna ze stolic rodzimego volleyballa. Nie znajdziesz tam kibicu dobrej piłki, nie znajdziesz mocnej piłki ręcznej, hokeja czy żużla. Najlepsi kopacze grają w A-klasie, miłośnicy gumowych krążków tułają się w lidze amatorskiej, a większe od koszykarzy sukcesy mają soft- i baseballiści. Tam liczy się tylko siatka. W dniu meczu miejscowość przybiera niebiesko-czerwono-białe barwy, a wszystkie drogi prowadzą na Halę Azoty. ZAKSA to miłość, przywiązanie i prawie lokalna religia. Klub ma tam na sport monopol i znakomicie na tym wychodzi. Pieniądze są, zainteresowanie jest, siatkarze i sukcesy też. Tylko grać.

Wrocław swoją powierzchnią nie przypomina ani małego Kędzierzyna, ani potężnego Londynu. Jest, powiedziałbym, spory. Wydaje się, że w tym wcale nie biednym regionie grunt pod solidny sport ubity jest idealnie. A nie jest. Jeszcze w okolicach millenium nad Odrą liczył się głównie kosz i żużel. Ekipa Śląska w latach ’90 stanowiła siłę nie tylko na polskich, ale i światowych parkietach. Hala Ludowa pękała w szwach, gdy rozstrzygały się losy krajowego tytułu. Pękał w szwach i Stadion Olimpijski, kiedy Jason Crump w barwach Atlasa objeżdżał rywali z zamkniętymi oczami. Na niszczejących, ale wiecznie żywych trybunach zasiadały tysiące fanów, by gorąco dopingować czerwono-żółtych. Oglądali nie tylko naszą ligę – do 2007 niemal rokrocznie gościł tam cykl Grand Prix. Innymi ważnymi zespołami aglomeracji były i są siatkarki Gwardii oraz szczypiorniści Śląska. Ich mecze budziły zainteresowanie, jednak nawet regularne ligowe podium tych drugich nie mogło równać się z marką żużla i koszykówki. Piłka ręczna na dwa sezony umarła nawet całkowicie. A gdzie był na początku tysiąclecia zespół kopaczy WKS? Pod wodzą trenera Mariana Putyry jak kamień spadał do 3. ligi.

Dziś jest inaczej. Przy okazji miejskiej kontroli nad piłkarzami magistrat pompuje w klub gigantyczne pieniądze w nadziei na lepsze jutro. W 2012 roku skończyło się to nawet drugim w historii tytułem mistrzowskim, ale jakość ekipy Oresta Lenczyka zweryfikowały rozgrywki europejskie. Dziesięć bramek straconych z Hannoverem pokazało, że utrzymywanie przez prezydenta Dutkiewicza tak marnej jakościowo dyscypliny nie ma żadnego sensu. I podatnicy, za których pieniądze wypłacane są „sportowcom” pensje, się obrazili. W ostatnich sezonach na stadion za 1 mld złotych regularnie przychodzi max. 10 tys. kibiców. Biorąc pod uwagę wielkość aglomeracji, to śmiesznie mało. Wydawać by się mogło, że jeśli zakochani w sporcie wrocławianie nie wybiorą się na „gałę”, wybiorą coś innego? W sezonie 2012/13 do dyspozycji mieli bowiem jeszcze żużlowców, siatkarki, koszykarzy, a nawet futbolistów amerykańskich. W następnym roku do grona „ekstraklasowiczów” dołączą koszykarki i reaktywowani piłkarze ręczni, których marketing kuleje jak trójnogi pies. W tym przybytku aż niemożliwe jest, by żadną z dyscyplin się nie interesować. A jednak.

Świeżo upieczone medalistki Orlen Ligi regularnie śledzi ok 1,5 tys. kibiców. Halę Orbita wykorzystują też koszykarze, jednak i na ich rozgrywki nie chodzi już tylu, co kiedyś fanów. Na obiekcie zainstalowano aż 3000 krzesełek, a 1/3 kurzy się długimi miesiącami. Jak jeszcze, jeśli nie grą na znakomitym poziomie (mowa o Impelu), zachęcić mieszkańców do przyjścia na mecz? Żużlowcy z Olimpijskiego to też już inny świat. Broniący się przed spadkiem zespół przyciągał ostatnio nie kilkanaście, a tylko kilka tysięcy osób. W świadomości potencjalnego uczestnika wydarzeń pojawił się bardzo zły stereotyp: że jak sport, to tylko nożna. A nie dość, że jej nie lubię, to jeszcze stadion daleko. Oprócz miasta i splotu ostatnich wydarzeń, dużą za to winę ponoszą też regionalni dziennikarze. Redakcja SPORTOWA Gazety Wyborczej powinna zmienić nazwę na redakcję piłkarskiego Śląska Wrocław. Jak powtarza mi jej szef, piszemy to, co interesuje ludzi. I błędne koło się zamyka.

Wrocław to pod względem różnorodności sportowej jedno z najciekawszych miejsc w Polsce. A będzie – o czym wcześniej – jeszcze lepiej. Jeśli wytworzył się niezdrowy tok myślenia, kibicom brak przywiązania, a do aren podobno jest daleko, to co można zmienić? Obniżyć ceny biletów? Zrezygnować z kilku dyscyplin? Nie nie! PROMOWAĆ. Bo dziś nie tylko wyniki wyciągną sprzed telewizorów. Nie tylko sam fakt, że ktoś w coś gra, zachęci do zapoznania się z jakże bogatą sportową ofertą. Śląsk kopany już prawie to zrozumiał. Rzucany jeszcze nie. Żużlowcy po epoce Atlasa też nie mogą się pozbierać, co z kolei doskonale wyszło koszykarkom Ślęzy. Jeśli chcą jednak, by ktoś zaczął je oglądać, maleńka hala uniwersytecka może nie wystarczyć. Bardzo dziwi też postawa władz Impela Wrocław, który dysponuje jednym z najwyższych budżetów w lidze. Pod względem marketingowym, na trudnym lokalnym rynku, idzie mu bardzo niewyraźnie.

Stolica Dolnego Śląska to w ostatnich latach marnowany potencjał. Bo tutaj są fanatyczni kibice. Tutaj jest zainteresowanie sportem. Ale albo ludzie się naobrażali, albo są zbyt wygodni, albo po prostu o swojej wyjątkowej sytuacji nie wiedzą. To nie będzie Londyn, by w poszczególnych dzielnicach dominowały różne organizacje. Nie będzie to też Kędzierzyn, by całą uwagę (a tak próbowało miasto) skupić tylko na jednym zespole. Walka o kibica to jak walka o klienta. A klient bez promocji do sklepu nie przyjdzie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>