Skocznię na górce pokazał John Cleese z Ptaszkowej

 

Mimo że wyprawę szumnie nazwaliśmy „bieszczadzką”, w istocie ani na sekundę nie wjechaliśmy w Bieszczady. Zamiast oglądać połoniny, Solinę i wszystkie te klimatyczne bary dla turystów, jeździliśmy od wsi do wsi i zawracaliśmy miejscowym głowę, pytając, czy pamiętają, jak w pobliżu funkcjonowała kiedyś skocznia narciarska. W Przemyślu nie zdążyliśmy wjechać do centrum, w Sanoku zobaczyć wystawy prac Beksińskiego, a w Mielcu – zamiast zwiedzić na przykład odnowiony stadion Stali – w deszczu szlajaliśmy się godzinę po osiedlu Cyganów. Po skoczni nie było śladu. Wyliczyliśmy, że odkąd zaczęliśmy podróżować za skoczniami, zobaczyłem ich już 171, Artur prawie 300, a Mikołaj, Mikołaj miał na pewno o siedem mniej od Artura. Bo on już raz był w niebieszczadach i kilka wizytowanych tym razem miejsc widział.

- To po co znowu tam jechał?

Wszystkim zdarza się zapominać

Odpowiedź na powyższe przyszła czwartego dnia wyprawy [wyniosłość tego słowa jest konieczna] w Ptaszkowej, gdzie trzydziestometrowej skoczni z naszej gromady nie widziałem już tylko ja. Po przejściu podmokłego pola i przebiciu się przez kolejne kilkaset do wyrzygania nieprzyjemnych chaszczy panowie stanęli pod resztkami progu i wyrazili aprobatę:

Artur: – O kurwa! (Mam co najmniej trzy nagrania z innych skoczni, gdzie mówi to samo)

Pozbierał się, może mówić więcej. – Dobrze było sobie przypomnieć, jak to tutaj wygląda. Podczas drugiej wizytacji zupełnie zmienia się perspektywa, nie trzeba już zdjęć, żeby odtworzyć wygląd skoczni. Umówmy się, że jak jest ich już trzysta na liczniku, to nie da rady przechować wszystkich w głowie. Na tę pomyliłem drogę.

Pamiętał jednak doskonale, że w żółtym domu poniżej zbocza mieszka polski John Cleese, który jako student wysłuchiwał wykładów „ojca polskich skoków” inżyniera Muniaka, i że spośród wszystkich zaczepianych przez nas lokalsów miał zdecydowanie najlepszą wiedzę o nartach. Nie mówił też na bulę „bąbel” ani „wybrzuszenie”, więc przekazywane przez niego informacje należało traktować z powagą. Ale z chronologicznym podsumowaniem miejsc, która odwiedzaliśmy wczoraj, przedwczoraj i trzy dni temu było u Artura gorzej.

Mikołaj zwrócił uwagę na inną zaletę powrotów. W Iwoniczu-Zdroju, gdzie dekadę temu odnowiono urocze K-20 i K-40, był tuż po skończeniu prac. Metalowe rozbiegi miały deski ze zdrowego drewna, a barierki i schodki stały prosto i nadawały się do wchodzenia. Teraz nie było desek, nie było prosto, nie było skoszone, na wybiegu wciśnięto za to wielką muszlę koncertową. Stojąca obok K-60 z rekordem słynnego Jensa Weissfloga – wtedy doskonale widoczna – teraz zatopiła się w samosiejkach. Za kolejne dziesięć lat nie będzie już nic widać, a wtedy wystarczyło stanąć obok, uruchomić wyobraźnię i zobaczyć, jak Niemiec leci w powietrzu. Niewielu w Iwoniczu wie dzisiaj, że za rogiem ich ulicy występował ktoś taki. Zapominanie o skoczniach i ich historiach to utrudnienie, ale i pożywka dla skoczniołazów.

Wzorowe miasto to takie z „n+1”

W nocy z czwartku na piątek spałem trzy godziny, potem kolejno sześć, siedem i sześć. Przejechaliśmy 1500 kilometrów, łącznie w aż 18 miejscowościach widzieliśmy 21 obiektów. Od kilku lat samo wychodzi, że nawet podczas krótkich wypadów w „zwykłą” mowę zdążą wpleść się fragmenty absurdalnych wywiadów, komentarze dziennikarzy, skojarzenia i gry słów. Co zastanawiające – prawie w stu procentach kojarzone przez każdego z podróżujących! Panowie postanowili je spisać. Dokument ma kilkanaście stron, zawiera kilkaset haseł, które są śmieszne dla czterech osób.

APOGEUSZ – Apoloniusz Tajner w ekstazie optymizmu lub jego nieznany kuzyn
AREAL – Krzysztof Horecki (od Areálu Horečky we Frenštacie p. R.)
BEHONEN – Janne Ahonen (A-honen, B-honen itd.)
KRZEM – tak (z włoskiego “si” – Si – symbol krzemu w układzie okresowym
pierwiastków)

Hasła dopisują się same. Skocznię w Ustrzykach Dolnych przemianowaliśmy na „Piszkówkę” po tym, jak do treningów na niej przyznał się trener Andrzej Piszko. Zapomniana K-22 w Zagórzu to „Kleszczówka”, bo nigdy wcześniej ani nigdy później nie obsiadło mnie ich aż tyle naraz. Nie wiadomo niestety czy rozbieg był naturalny, czy – jak powiedział kiedyś zasłużony trener Jan Szturc – „drzewienny”. Ale znaleźliśmy ją, co tylko ugruntowało teorię, że podobnych zapomnianych resztek narciarstwa nadal jest w Polsce dużo. Skoro żadnemu z trenujących na istniejących obiektach nie przyszło do głowy, że leśna przecinka obok to stara skocznia, co mieli powiedzieć spacerujący po parku w Przemyślu, Sanoku czy Tarnowie, gdzie wszystkie sekcje skoków pozamykali przed urodzeniem spacerowiczów?

Wykonany na pustkowiu telefon do trenera Piszki dostarczył stanowił dopełnienie teorii wzoru „n+1”, gdzie n to liczba skoczni, o których wiemy coś przed wyprawą, a 1 to sugestia, że w pobliżu na pewno jest/było coś jeszcze. Trener nie tylko potwierdził istnienie ruin w Zagórzu, ale też dopowiedział o skoczni w Łęgu i treningowej pod „Lawortą” w Ustrzykach. Pojechaliśmy tam niezwłocznie. Faktycznie jest, ładna, na oko K-15 i dziwne, że kolejny raz w pobliżu jest amfiteatr i albo ulica Zielona, albo Bronisława Czecha. Wzór n+1 wcześniej zadziałał w Myślenicach, Jaworniku i Dukli. Nie było czasu wszystkiego sprawdzić, dlatego założę się, że zanim wreszcie zobaczymy wymarzoną Copper Peak w USA, w niebieszczady przyjdzie nam jechać ponownie. A potem jedenasty raz w Beskidy, szósty w Karkonosze i piąty do Štrbskégo Plesa, żeby każdy z ekipy zdążył „zaliczyć” K-120 zanim ktoś wymyśli, by ją zburzyć.

Artur: – Skoki są dzisiaj nudne. Za to skocznie jakie ciekawe.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>